poniedziałek, 28 grudnia 2015

SERGIEJ JESIENIN

Szedł Pan Bóg próbować ludzi w miłości,
Jako żebrak przechodził polaną.
Stary dziad na pniaku, wśród zarośli,
Mamlał w dziąsłach czerstwą bułkę maślaną.
I popatrzał dziad w stronę powsinogi,
O żelazny wspartego kijaszek,
I pomyślał: "Spójrz, jaki ubogi
Toż on z głodu się chwieje, biedaczek".
Podszedł Pan Bóg, tając żal i udrękę:
Snadź, powiada, nie rozbudzę serc z kamienia...
I rzekł starzec, wyciągając doń rękę:
"Naści, pożuj... trzeba ci pokrzepienia".
przekład. Z. Dmitroca

niedziela, 10 maja 2015

O znikaniu książek i opłakanych tego skutkach

      Środki masowego przekazu mogłyby być wielkim sprzymierzeńcem w walce z masowym nieczytelnictwem w Polsce. No właśnie, mogłyby, dlaczego jednak nie oddziałują pozytywnie, o tym za chwilę. Ostatnie badania poziomu czytelnictwa nie mogą napawać optymizmem, 59% Polaków nie przeczytało w ciągu ostatniego żadnej książki, a nawet żadnego tekstu dłuższego niż 3 strony. Z tymi wynikami plasujemy się w ogonie Europy, wśród decydentów nie budzi to jednak zaniepokojenia, wybraliśmy wszak model "płaskiego" awansu do Europy, polegający na modernizacji infrastruktury.

     Doskonałym przykładem braku zainteresowania sprawami kultury jest właśnie zakończona kampania prezydencka - tylko jeden kandydat poruszył tę tematykę i wpisał ją do swojego programu, nie miało to jednak szans na przebicie się do serwisów informacyjnych, bo, jak twierdzą piarowcy, mogłoby to zaszkodzić wizerunkowi kandydata. Nie wszędzie panuje jednak taka intelektualna mizeria, jak pisał ekspert ds. marketingu politycznego Eryk Mistewicz, we Francji by znaleźć i utrzymać się w obiegu politycznym, należy pisać i publikować książki.

     U nas wydano trzy książki kampanijne: wywiad rzeka Jana Skórzyńskiego z prezydentem Komorowskim, autobiografia Janusza Palikota "Wszystko jest możliwe" i inspirowaną przez Prawo i Sprawiedliwość antologię tekstów pod wielce wymownym tytułem "Wygaszanie Polski 1989", nie zdobyły one jednak większego rozgłosu, wszak nie książkami wygrywa się wybory.

      Sam jako bloger książkowy rozesłałem do wszystkich sztabów wyborczych ankietę, na którą mieli odpowiedzieć kandydaci, a w której pytałem m.in. o rolę książek w ich życiu i o to, czy jako prezydent podpisaliby ustawę o jednolitej cenie książki. Nie dostałem żadnej odpowiedzi, z drugiej strony nie sposób nie zauważyć jednak, że politycy coraz śmielej współpracują ze sferą social media. Wnioskować więc z tego mogę, że temat przeze mnie zaproponowany okazał się marketingowo nieatrakcyjny, elektorat inteligencki (W 2012 roku 34 proc. Polaków z wykształceniem wyższym nie przeczytało ani jednej książki!) nie jest łakomym kąskiem, może z tego względu, że wśród ludu panuje wrogość do (łże)elit i w kandydaci w duchu populizmu postanowili nie narażać się masom.

      Nie zobaczyliśmy więc podczas tego kilkumiesięcznego politycznego wzmożenia kandydata z książką (choć jeden z nich, już wyżej, celowo enigmatycznie, wspomniany, ze swadą w studiu telewizyjnym opowiadał o niedawno wydanej książce "Inna Rzeczpospolita jest możliwa" Jana Sowy i nawet pokazał swoje biurko, na którym piętrzyli się dumnie Lacan, Obirek, Hen, Habermas i Schopenhauer), bo też mało widzi się książek w środkach masowego przekazu. Książki jakoś nam się rozpłynęły w nawale alternatyw, można powiedzieć, że stały się podstawką pod komputer i telewizor. Nie musi tak nadal być, wymagałoby to jednak ponownego przewartościowania, co będzie trudne, bo jak pisała Szymborska, "myślimy coraz krótszymi zdaniami".

      W sukurs mogłaby i powinna przyjść telewizja publiczna. Dociera przecież do najszerszego grona widzów, a statystyczny Polak ogląda telewizję 4 godzinny dziennie, jest więc czas, by chociaż spróbować ukształtować kulturalne postawy wśród rodaków. Daremne to jednak nadzieje, nie potrzeba nawet głębszej analizy, by zauważyć, że telewizja publiczna zrezygnowała ze swojej misyjności, poddając się dyktatowi słupków oglądalności.
      W największych kanałach, TVP1 i TVP2, nie mówi się ani słowem o książkach (nie licząc 30 sekund co tydzień w "Teleexpressie, bądźmy jednak poważni), przez 15 lat nadawano "Telewizyjne Wiadomości literackie", przesuwano je jednak na tak niekorzystne godziny emisji, że aż w końcu wypadły poza ramówkę. 
 
      Dla uspokojenia sumienia powołano do życia kanał TVP Kultura, który ma permanentne problemy finansowe (najłatwiej tnie się po kulturze, klerk nie zaprotestuje!), produkuje mało własnych programów i zamienia się powoli w "Kino Polska bis". Trzeba jednak oddać tej stacji, że emituje wartościowe programy o książkach. Nie obywa się to niestety bez problemów, przez dziwnie prowadzoną politykę stacji prawie co sezon dostajemy nowy produkt (słowo-klucz!). Mieliśmy już "Fabrykę książek", "Sztukę czytania" (moim zdaniem najciekawszy format, w każdym odcinku pogłębiona rozmowa o 3 książkach, mądrze (może za bardzo?) rozprawiali ze sobą poeta Wojciech Bonowicz, doktor-krytyk Andrzej Franaszek i naukowczyni-krytyczka Anna Kałuża, do tego opowieść jakiejś osobistości świata kultury o swojej biblioteczce), a teraz mamy "Capuccino z książką", program też ciekawy, zdarzyło mu się już jednak z niewiadomych przyczyn wypaść z ramówki na prawie 4 miesiące. 
 
      W znakomitym tomie rozmów "Książki i ludzie" nieodżałowanej pamięci Barbara Łopieńska przepytytwała Andrzeja Drawicza, znanym krytyka literackiego i eseistę, który w pewnym momencie przyznał, że nie przepada z radiem i nie uznaje oglądania telewizji, poza dziennikiem. Zaskoczona dziennikarka dopytywała, jak to możliwe, skoro był w przeszłości prezesem Radiokomitetu, na co ten odparł: “Tłumaczyłem kolegom, że ich zadaniem jest robić programy tak złe, żeby ludzie czytali książki”. Zabawne to słowa, warto, by sobie przemyśleli je dzisiejsi decydenci w TVP.

      Mało znaleźliśmy pociechy u nadawcy publicznego, może lepiej jest u prywatnych, choć teoretycznie bez sensu byłoby sobie robić większych nadziei, telewizje prywatne nastawione wszak są tylko zysk. I słusznie, nie jest tu wiele lepiej. Na antenie Polsatu w ciągu 23 lat istnienia tej stacji nie pojawiła się prawdopodobnie ani jedna wzmianka o książce, kopiowane i produkowane są jednak inne ciekawe programy, tak jak te pokazywane ostatnio intelektualnie mocno wymagające zawody w skakaniu do wody.

      Pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie TVN, do którego poziomu też mam dużo zastrzeżeń, oddać mu trzeba jednak jedno: od kilku lat, bez żadnych nieuzasadnionych przerw i przerzucania po ramówce, emituje program "Xięgarnia". Program ciekawy, urozmaicony, który cieszy się stałą i najprawdopodobniej dosyć liczną widownią. Co tydzień widzimy dwójkę sympatycznych prowadzących (co ważne: nie wymądrzających się i kierujących swój przekaz też do masowego widza), pisarza mniej lub bardziej ciekawie opowiadającego o swojej książce i videofelietony dobrze odnajdujących się w rzeczywistości telewizyjnej autorów. Czy w dobie dyktatu czasu antenowego i reklamodawców można połączyć przyjemną formę i wartościową treść? TVN pokazuje, że można i za to mu brawa!

      Gdy dowiedziałem się, że powstaje nowy program o książkach "Literatura na trzeźwo", to byłem bardzo kontent, co z tego, że ogólnie z linią redakcyjną Telewizji Republika mi nie po drodze, o książkach nigdy za wiele! Po obejrzeniu kilku odcinków byłem jednak srodze zawiedziony... Tak jak TVP zarzucałem brak misyjności, tak Republice zarzucić mogę jej nadmiar, "Literatura na trzeźwo" jest programem topornym ideologicznie, do studia zapraszany jest trzeci garnitur polskich pisarzy, a ich poglądy muszą koniecznie odbiegać od znienawidzonego mainstreamu. Potwierdzają więc redaktorowi prowadzącemu, jak bardzo złą nagrodą jest Nagroda Nike i jak bardzo lewacka jest Alice Munro. Czyli ogólnie trwa "wygaszanie polskiej literatury i czytelnictwa", a przekaz ten dobrze wpisuje się w nurt tworzenia kultury "drugoobiegowej", zawsze reakcyjnej i w kontrze do tego, co czyta, ogląda i słucha tzw. leming.

      Możemy więc w telewizji obejrzeć programy o książkach dobre i złe, możemy też ich nie uświadczyć, jak to w głównym paśmie TVP. A jak jest ze stacjami radiowymi? I tu jest znacznie lepiej, co mogłoby się wydawać dziwne - radio też musi przynosić zyski. Właściwie w każdej z głównych radiostacji (poza Radiem Zet) emitowany jest program o książkach. Jedynka - “Moje książki”, Dwójka - “Strefa literatury”, TOK FM - “Poczytalni”, RMF Classic - “Między słowami. Najwięcej słuchaczy ma Trójka i jej audycja “Z najwyższej półki”, na co redaktor Michał Nogaś sobie sumiennie zapracował, dzieląc się swoją pasją z tysiącami odbiorców. W małym światku fanów literatury to człowiek-instytucja, którego działalność pozwala przywrócić nadzieję wątpiącym w szansę na poprawę stanu czytelnictwa, w tym i mnie.

      Nawet mojemu ulubionemu Hermannowi Hesse zdarzało się mylić, w opublikowanym w 1930 roku eseju "Magia książki" twierdził, że film i radio nie stanowią zagrożenia dla książek w ogólności, tylko dla książek "literacko bezwartościowych, bogatych za to w sytuacje, obrazy, akcję i podniety emocjonalne". Te wszystkie elementy miały być teraz wykorzystywane przez nowe formy przekazu, a książki miały pozostać medium, które transmituje wartości głębokie i nieulotne. Jak się jednak okazało, literatura zechciała konkurować z obrazem i dźwiękiem, co doprowadziło do prawdziwego zalewu rynku książkami o niższej zawartości poznawczej niż dotychczas.

      Media w Polsce mogłyby odgrywać piękną rolę w ubogacaniu ludzi, przez te ćwierćwiecze naszej wolności nie przemyśleliśmy jednak ich zadania w życiu społecznym. Na dodatek nie za bardzo wiemy, jak podchodzić do kultury, ostatnio coraz głośniejszy jest pogląd, że "powinna wyżywić się sama". Ten styl myślenia może doprowadzić Polskę do ruiny, co trafnie analizuje w swoim artykule w "Tygodniku Powszechnym" Paweł Potoroczyn, dyrektor Instytutu im. Adama Mickiewicza. Przypomina on, że istnieje ścisły związek między wydatkami na kulturę, a np. liczbą osadzonych w więzieniach. Kto inwestuje w kulturę, ten inwestuje w ludzi, a przez to w ich ogólny dobrobyt i szczęście. Potoryczyn konkluduje: "najwyższe nakłady na kulturę per capita w Unii Europejskiej ma Dania. Nieco ponad 200 euro rocznie na obywatela. Statystyczna unijna krowa jest subsydiowana kwotą 400 euro". Nie szczędźmy więc pieniędzy na kulturę!

     Wspomniany już Drawicz cytuje w swojej wypowiedzi urodzonego we Wrocławiu pastora Dietricha Bonhoeffera: ”Idzie w tym wszystkim o odnalezienie poczucia jakości, o ład na podstawie jakości. Jakość jest najsilniejszym wrogiem wszelkiego rodzaju umasowienia. Społecznie oznacza to wyrzeczenie się gonitwy za pozycją, zerwanie z wszelkim kultem gwiazd i gwiazdorów, nieuprzedzone spojrzenie ku górze i dołom, szczególnie gdy idzie o dobór kręgu bliskich przyjaciół, radość życia prywatnego, jak też i odwagę oddania się życiu publicznemu. Kulturowo poczucie jakości oznacza, odejście od gazet i radia, a nawrót do książki. Od pośpiechu do chwil spokoju i ciszy, od rozproszenia do skupienia, od sensacji do namysłu, od ideału wirtuozerii do sztuki, od snobizmu do skromności, od braku miary do poczucia miary. Ilości tworzą przestrzeń wzajemnie kontrowersyjną, jakości wzajemnie się uzupełniają”.

      Słowa zamordowanego przed 70 laty przez hitlerowców filozofa i teologa brzmią, jakby były krytyczną analizą świata dzisiejszego. Odkąd zaczęliśmy ulegać masowym gustom, zubożyliśmy znacząco sferę publiczną. Im mniej w niej kultury, tym więcej natury, ludzkiej natury – m. in. przemocy i chciwości, od których kultura na nas odwracać w procesie humanizacji. Jesteśmy mniej świadomi, nie potrafimy się dłużej skupić I coraz to trudniej przychodzi nam zrozumienie przekazu o wyższym stopniu złożoności, dlatego idziemy na łatwiznę, wybierając przekazy prostsze, niekiedy nawet prostacko proste.

      Jeszcze raz Hesse i jego “Magia książki”: „Książki nie są po to, aby niesamodzielnych ludzi czynić jeszcze bardziej niesamodzielnymi, a tym bardziej, aby dostarczać ludziom niezdolnym do życia taniej, zastępczej iluzji życia. Przeciwnie, książki mają tylko wtedy wartość, kiedy wiodą ku życiu, kiedy służą i przydają się w praktyce. Stracona jest każda godzina lektury, z której nie wypływa dla czytelnika iskra siły, przeczucie odmłodzenia i tchnienie świeżości”. Taki jest właśnie cel kultury, nie eskapizm, a prowadzenie ku życiu, bardziej świadomemu w relacjach z bliźnimi, jak i w sferze publicznej, gdzie jako ludzie myślący (a uprzednio czytający) możemy stać się prawdziwymi obywatelami, a nie łatwymi kąskami dla populistycznych polityków, którzy dla swoich za prostych analiz znajdują za proste rozwiązania.


PS 1 Powtarzam więc:

https://www.facebook.com/tylkoburaknieczyta












PS 2. A tu zdjęcie biurka wspomnianego w tekście polityka, gdyby ktoś nie wierzył, że były w tej kampanii jakieś książki ;)

piątek, 8 maja 2015

Kiedy pieniądz wygrywa z pamięcią i... Bogiem

Czego nieprzeciętny czytelnik może spodziewać się po grubej książce z dziwnym, starym zdjęciem na okładce i nazwą, która nic mu nie mówi?
Zobaczmy; na pierwszy rzut oka można wywnioskować, że książka opowiada jakąś historię, prawdopodobnie starą historię, skoro zdjęcie przedstawia jakieś dawne czasy. "Głosy" w tytule mogą sugerować, że pozycja będzie opowiadała o wielu osobach...  ale do rzeczy – czy warto rzeczywiście sięgać po książkę po której nie wiadomo czego się spodziewać, czy okaże się warta spędzonego nad nią czasu, a może i wydanych pieniędzy?
Jaume Cabré i sprawa jest niemalże jasna.

Cabré swoją powieścią "Wyznaję" zaskarbił sobie serce niejednego czytelnika. Również i w Polsce znaleźli się sympatycy katalońskiego pisarza, których jego twórczość nie tylko zachwyca, ale również nakłania do dyskusji, zastanowienia się nad światem i jego kwestiami (szeroko to słowo pojmując). Tak też było w przypadku "Głosów Pamano", drugiej pozycji pisarza, z którą się zetknęłam.
Cabré mówi w sposób wyjątkowy o rzeczach bardzo ważnych. Czytając, przychodził mi na myśl wiersz polskiego noblisty – Czesława Miłosza – "Oeconomia Divina". Cabré podobnie jak Miłosz ukazuje świat totalnej wolności. Społeczeństwo Cabré  pozbawione jest moralności, nakierowane na laicyzm, a jedyną wartością są pieniędze albo seks. Kiedy dzisiaj skończyłam powieść Cabré  zadałam sobie pytanie: Jak to możliwe by jednostka była tak mała w obliczu zła i dlaczego właśnie ono ma decydujące głos?
"Głosy Pamano" są zbliżone formą do "Wyznaję". A raczej odwrotnie – to "Wyznaję" podobne jest do "Głosów Pamano", gdyż to właśnie ta pozycja była pierwszą. Cabré prezentuje nam szeroki panel bohaterów, których życie się przeplata, prowadząc do jednego wydarzenia, które jest akcją powieści. Główny bohater zdaje się być w centrum wydarzeń, choć sam nie jest ich sprawcą. Powieść to symfonia. Cabré  potrafi rozpocząć zdanie w roku 1958, a skończyć je dwadzieścia, trzydzieści lat później. Ciekawy zabieg zastosował pod koniec utworu, przeplatając wypowiedzi tych "dawnych bohaterów", z których wielu było już martwymi z rozmowami "bohaterów obcenych". Cabré wplata wypowiedzi bohaterów w myśli narratora, stwarzając zapis oryginalny i niezwykle ciekawy w odczytaniu. Niech Was jednak nie przeraża porównanie do "Wyznaję", czy grubość tego dzieła. "Głosy Pamano" są znacznie łatwiejsze, historia choć jest zawikłana, nie prowadzi nas aż w tak dalekie czasy, jak miało to miejsce w zapiskach Adriana Ardevola i Boscha.
Warto dodać, że książka wydana przez "Marginesy" zachwyca nas swoją formą i prostotą, w której kryje się cała jej cudowność.

Akcja powieści osnuta jest wokół postaci Oriola Fontellesa, czyli nauczyciela, przyjaciela Kata Toreny, zwolennika partii, a zarazem partyzanta, ojca, męża, kochanka, wątpliwego świętego. Niesamowite, że już na przykładzie jednej postaci, możemy zobaczyć jak wiele wątków porusza Cabré. Oriol, szukając bezpiecznego miejsca dla siebie i swojej żony, trafia do małego miasteczka w pobliżu Barcelony, gdzie udaje mu się zdobyć posadę nauczyciela. Szybko jednak okazuje się, że w Torenie Oriol nie znajdzie nic, poza cierpieniem z miłości, bólem swojego tchórzostwa, nienawiścią mieszkańców czy strachem przed śmiercią. Pewnego dnia życie Oriola Fontellesa wywraca się zupełnie do góry nogami – i to bynajmniej nie za sprawą pięknej kobiety – Elisendy Vilabrú , dziedziczce domu Gravat – w której mężczyzna się podkochiwał. Pewnego dnia, tak samo słonecznego i suchego jak inne dni w Torenie, Oriol Fontelles zostaje wciągnięty w grę burmistrza miasta, nazywanego "Katem Toreny", przez co staje się sympatykiem Franco w oczach ludzi i sam też taką rolę odgrywa. Oriol, choć wydaje mi się, że ta postać potrafiłaby naprawdę wiele znieść, nie potrafi żyć ze świadomością, że jego żona nazywa go tchórzem, który wydaje na śmierć dzieci. Nic samo jednak się nie dzieje – ani za sprawą Fontellesa. Oriol jest jak pacynka, którą każdy steruje tak, jak chce, nakierowując bohatera na odpowiednią drogę. Jest więc Fontelles sympatykiem Franco, ale też częścią partyzantki, sławnym "Eliotem", niedoszłym zabójcą Kata Toreny i kochankiem pięknym Elisendy. Wszystko co robi, robi wbrew czemuś; jest w partyzantce wbrew sobie i swojej miłości do Elisendy oraz pozornie wielbi Franco wbrew całemu – jak można się domyślić – miasteczku.

Jeśli jesteś zawodowym szpiegiem, który przeszedł intensywne kursy brytyjskiego MI5 lub przynajmniej otrzymał szczegółowe instrukcje praktyczne od kogoś doświadczonego, przede wszystkim powinieneś wybić sobie z głowy, że kiedy występujesz w podwójnej roli, masz nie zadawać bezpośrednich, ważnych pytań, po której wszyscy milkną i w tej nagłej ciszy dokonują szybkiej oceny, czy już wyciągać pistolety z kabury, a nie macie pojęcia, jak trudno jest pozyskać nowego agenta.

Jak już wspomniałam, nie potrafi Oriol znieść tego, że żona myśli o nim jak o tchórzu. Nie ma też jednak z nią kontaktu, odkąd go zostawiła, nie ma więc możliwości, aby jej udowodnić, że w ostatnich miesiącach sytuacja "nieco" się zmieniła. Pisze więc Oriol listy do swojej "córeczki, której imienia nie znam", aby przynajmniej ona wiedziała, że ojciec nie był tchórzem, nie bił pokłonów przed generałem Franco, nie wydawał na śmierć bezbronnych dzieci, nie donosił Katowi Toreny, nie był tchórzem, a starał się być bohaterem. Dzięki listom poznajemy prawdziwą historię Fontelessa, tak się bowiem składa, że bohaterka zupełnie postronna, wykluczona z życia Oriola, jego żony Rosy czy pięknej dziedzicki Elisendy, kobieta z początków XXI wieku – Tina – odnajduje schowanego w pudełku po cygarach stare zeszyty, a w zeszytach listy do "córeczki, której imienia nie znam". Tina zagłębia się w historię nauczyciela i próbuje odkłamać rzeczywistość, chce aby prawda wyszła na jaw, aby imię Oriola pozostało jego własnym imieniem, a nie tym, które ktoś nakreślił wedle własnych upodobań. Wprowadzając do powieści Tinę, kataloński pisarz przedstawia nam kolejną osobę, z kolejną historią i kolejnymi problemami do rozwiązania. Ta z pozoru zwykła kobieta, okazuje się być osobą silną, choć wrażliwą, która chce rzucić wyzwanie śmierci.

I nadal nikt nie wiedział o ich romansie. A przynajmniej pani Elisenda żyła w przekonaniu, że nikt o nim nie wie, i dlatego za wszelką cenę dbała o utrzymanie ich związku w tajemnicy. Czerpali przyjemność z pełnej konspiracji, ponieważ Elisenda nie mogła ryzykować,by ktokolwiek pomyślał coś nie do pomyślenia.

Jak szybko się okazuje, całym światem przedstawionym w powieści, a więc światem Toreny, leżącej nad rzeką Pamano, kieruje jedna osoba.
Bardzo zmartwiło mnie to, że wystarczy mieć dużo pieniędzy, aby stworzyć sobie i swoim bliskim taki świat, jaki sobie wymarzymy. Szkoda tylko, że daleku mu do ideału. Elisenda Vilabrú przypomina matkę Adriana Ardevola oraz Kate z powieści Sidneya Sheldona pt. "Mistrzyni Gry". Wszystkie trzy są kobietami silnymi, niezależnymi, władczymi. Nie ma dla nich rzeczy nie do pokonania czy przeszkody, której nie dałoby się usunąć. Używając słowa "usunąć" mam na myśli pojęcia takie jak: kupić, przekupić, odkupić. Cabré porusza ważną kwestię, która dla wielu może być bardzo kontrowersyjna. W świecie "Głosów Pamano" nawet proces wyniesienia kogoś na ołtarze można kupić. Czy Cabré wprost sugeruje nam, że Kościół jest przekupny? Nie posuwałabym się aż tak daleko, jednak poprzez ten przykład pisarz próbuje uświadomić nam, że dla pieniądza nie ma żadnych ograniczeń. Nawet najwyższe autorytety są mu sługami.
Elisenda Vilabrú jest postacią wyjątkową, którą można zarówno kochać i nienawidzić. Jest bardzo kontrowersyjna, sprawia pozory, tworzy wokół siebie aurę świętości, a w rzeczywistości... Sami sprawdzcie, nie będę Wam psuć zabawy.
Zaskakujące jest też to, kto okazuje się "córeczką, której imienia nie znam". Zasmucił mnie jednak fakt, w jaki sposób "córeczka, której imienia nie znam" użyła prawdy o tym, że Oriol Fontelles to jej ojciec i co zrobiła z jego listami.
A jak zakończył się czuły romans z pozoru zwykłego nauczyciela z miejscową pięknością?
A co na to wszystko Bóg, którego piękna Elisenda prowokuje, rzuca mu wyzwanie, a nawet grozi?

Zdaje się, że Fontellesowi nie było pisane bohaterstwo, choć zdecydowanie bohaterem był. Nie był męski czy odważny. Był jednak silny, stanowczy i zdeterminowany. Szkoda tylko, że jego dobre imię zostało pochłonięte przez wody rzeki Pamano.
A szum rzeki Pamano słyszą tylko ci, których kończy się już pielgrzymka na tej ziemi.


Ciężko jest w kilku zdaniach opowiedzieć fabułę tej książki. Tak samo źle pisało mi się o "Wyznaję". Nie są to powieści, o których łatwo się mówi. "Głosy Pamano" i "Wyznaję" to pozycje, które trzeba przeczytać, aby samemu we własnej wyobraźni poukładać puzzle, które za pomocą słów na kremowych kartkach pozostawił nam pisarz.
Heroiczna walka o wolność, zniewolenie, zakłamanie, historia zakazanej miłości, potęga zła – to główne tematy, które w swojej powieści porusza Cabré.
Czy mi się podobało? Owszem, "Głosy Pamano" zaliczam od dzisiaj do swoich ulubionych pozycji. Cabré biorę w ciemno jest absolutnie niesamowity, genialny, kreatywny, zachwycający, poruszający, osobliwy, niebywały, wybitny, wyborny, niezrównany, fantastyczny, pierwszorzędny, rewelacyjny, kapitalny, bezkonkurencyjny, znakomity, fenomenalny, najwyższej próby, bez zarzuty, na sto dwa...

[Kasia]


niedziela, 26 kwietnia 2015

Angole czyli o polskiej inwazji




Ta książka to samo życie. Samo życie miliona Polaków, którzy dokonali największej "inwazji" na Wyspy Brytyjskie w ich historii, w takiej skali, że ta kwestia staje się poważnym problemem politycznym - raz po raz dochodzą do nas echa antypolskich wypowiedzi angielskich populistów. W tej książce nie ma jednak polityki sensu stricto, jest to raczej szeroko zakrojony portret dwóch nacji, rozpisany na kilkadziesiąt głosów
.
Ewa Winnicka czuje się w tematyce polsko-brytyjskiej jak ryba w wodzie, od kilkunastu publikuje swoje artykuły w najbardziej opiniotwórczych polskich czasopismach, opublikowała także dwie książki: "Nowy Jork zbuntowany" i "Londyńczyków", która to książka przyniosła jej spory rozgłos, opowiada w niej o losach Polaków, którzy między 1939 a 1947 trafili na Wyspy Brytyjskie.


W "Angolach" Winnicka staje z boku, wyszukuje rozmówców i ich wysłuchuje, swoją obecność ukazuje tylko we wstępie do każdego tekstu, w którym przedstawia swojego interlokutora. Dzięki temu dostajemy do rąk żywy reportaż, jakby wypisy z ksiąg życia polskiej emigracji początku XXI wieku. Książka jest dobrze zredagowana, dlatego wywody poszczególnych rozmówców nie są chaotyczne, a autorka tak ich dobrała, że otrzymujemy praktycznie cały przekrój społeczeństwa, od bezdomnych, poprzez ustatkowaną middle class, aż do lokalnych krezusów.

Taki dobór rozmówców gwarantuje brak monotonii, szerokie zobrazowanie brytyjskiej rzeczywistości i...kopalnię cytatów, z której wybiorę parę, po więcej odsyłam już bezpośrednio do książki.

Chyba najciekawszym tematem tej książki jest próba ukazania wyspiarskiej mentalności, rozmówcy starają się tego dokonać w stali makro i mikro, ta druga przynosi nam prawdziwe smaczki. Miki opowiada o swoim związku, swojego męża Nicka poznała w pracy, 4 lata rozmawiali o pogodzie, dopiero po tym czasie stał się "pozazawodowy" i zaprosił ją na koncert. Raz jeden widziała go rozemocjonowanego: “Byliśmy w Hiszpanii, na wakacjach, z moją córką. Siedzieliśmy przy obiedzie, w głębi knajpy wisiał włączony telewizor. No i kiedy Manchester City strzelił gola I wygrał Premier League, Nick podskoczył razem ze stołem. Zalał córkę zupą, siebie piwem, potłukł talerze, nadwerężył sobie kar. Potem już nic go tak nie rozpaliło”. (s.64)

Większość rozmówców Winnickiej emigrowała z jako taką znajomością angielskiego, co ciekawe, większy problem stanowi przejście od literalnego rozumienia angielszczyzny do połapania się w tym, co Anglik tak naprawdę chciał wyrazić, piękną egzemplifikacją tego zjawiska jest ten słowniczek:
„Jeśli Anglik mówi: >>Hmm, that’s interesting<<, my myślimy: >>Super – spodobał się mu nasz pomysł<<. A on myśli, że to kompletnie do bani.

(…)

>>We should grab a coffee sometime<< - >>Oczywiście, że się nigdy nie spotkamy<<.”( s.58)

Ciężko powiedzieć, czy w książce przeważają akcenty optymistyczne czy pesymistyczne. Mamy tu historie self-made men (i women), jednak w pamięć bardziej zapadają opowieści o ludziach, którzy za granicą wcale nie znaleźli szczęścia, tylko dodatkowe utrapienia i niekiedy śmierć.

Źle nastroić mogą relacje o współżyciu z rodakami, po przeczytaniu ich można zrozumieć, dlaczego niektóry wybierają drogę rozpłynięcia się w angielskiej tożsamości: „Jechałam z synkiem autobusem. Obok mnie usiadła chińska mama z dwójką bezzębnych. Wymieniłyśmy uwagi na temat ząbkowania. Wszedł bangladeski ojciec z maleństwem i przyłączył się do dyskusji. Potem somalijska rodzina z jedynaczką. Weszła jeszcze polska rodzina z jednym maluszkiem. >>Wszędzie, kurwa, kolorowi, kurwa<< - stwierdził w swoim ojczystym języku pater familias, głowa, rodziny, role model. Czy tego ma słuchać mój syn, gdy spotka rodaków?” (s.247)

Można się jednak przy tej książce też dużo pośmiać, jest ona wszak o ludziach, a ludzie z natury swojej są komiczni, a wytwory ich wyobraźni (które czasem ewoluują w stereotypy) potrafią być przekomiczne, jak ten z lokalnej prasy: "W naszej okolicy znikają te piękne białe ptaki. Mieszkańcy uważają, że zjadają je polscy imigranci. Czy to prawda, że łabędź z ziemniakami to polskie tradycyjne danie?" (s. 197)

Już prawie każdy z nas ma krewnego czy znajomego w Wielkiej Brytanii. Mój brat z rodziną wyjechał 2 lata temu. Już to byłoby argumentem za sięgnięciem po tę książkę, bo nie pojawiła się dotychczas pozycja, która omawiałaby tak szeroko, przystępnie i ciekawie temat polskiej emigracji na Wyspach Brytyjskich. Wielu z nas nosi się z zamiarem wyjazdem z kraju, również dla nich jest ta książka, może łatwiej będzie dzięki niej podjąć decyzję, spełniłaby wówczas rolę właściwą dla literatury, czyli katalizującą myśli. Na koniec najmocniejszy, najszerzej otwierający oczy cytat z tej książki, przesłanie pani, która zajmowała się w UK pomocą swoim rodakom:

„Czy mogę się zwrócić do Polaków? Jeśli w Polsce nie układa się z pracą i rodziną, w innym kraju ułoży się znacznie gorzej. Bardzo dziękuję”.(s.117)

Konstandinos Kawafis„Miasto”

„Nowych nie znajdziesz krain ani innego morza.
To miasto pójdzie za tobą.
(…)
Jakeś swoje życie roztrwonił
w tym ciasnym kącie, tak je w całym świecie roztrwoniłeś”. (tłum. Zygmunt Kubiak)


Za możliwość przeczytania książki dziękuję księgarni internetowej bonito.pl, zapraszam na jej stronę:



bonito.pl/?utm_source=blog&utm_medium=banner&utm_campaign=tylko_burak_nie_czyta







EWA WINNICKA
Angole
Wydawnictwo CZARNE, Warszawa, 2014

sobota, 11 kwietnia 2015

Maszynopis z Kawonu – poetycki bełkot młodego pisarza czy dzieło trafiające do serc najwrażliwszych?

Ciężko jest zdefiniować w kilku zdaniach "Maszynopis z Kawonu". Jest to zdecydowanie dzieło dość kontrowersyjne, które jedni uznają za plugawy bełkot, inny natomiast odnajdą w słowach Tomasza Kowalczyka drobinki swojej duszy rozsiane na każdej stronie, utulone przez długie i plastyczne opisy czy zawiłe metafory. W Internecie czytelnicy wystawiają różne opinie i recenzje, które nieraz doprowadziły do dosadnej wymiany zdań pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami młodego pisarza.
Warto więc zacząć od samego początku – kim jest Tomasz Kowalczyk i jak narodził się w nim pomysł na wydanie takiego dzieła?

Na okładce "Maszynopisu z Kawonu" możemy przeczytać kilka istotnych informacji o pisarzu – że jest poetą i wielbicielem sztuki, że dotychczas wydał tom wierszy ("Kontrasty") i poemat trzynastozgłoskowy ("Stworzenie świata"), oraz że w jego twórczości natkniemy się na archetypiczność, wielobiegunowość czy synestezję. Moim zdaniem nie są to jednak wystarczające informacje, ponieważ Tomasz Kowalczyk jest bardzo ciekawym człowiekiem o unikalnych poglądach, bardzo śmiałych i odważnych, czego odzwierciedlenie możemy zobaczyć w jego dziełach. W wywiadzie przeprowadzonym przez blog "Subiektywnie o książkach", Kowalczyk opowiada o sobie i o tym, jak powstał "Maszynopis" (cały tutaj: http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2015/04/gdybysmy-wzieli-100-wspoczesnych.html)

"Urodziłem się człowiekiem zupełnie odstającym od innych, człowiekiem, który czuje wszystkimi prazmysłami najdelikatniejszy gradient podmuchu motyla, wszelkie pulsujące zakłopotania słonecznych refleksów i to postanowiłem w mojej powieści opisać. Większość społeczeństwa stała się mechatronicznymi konstrukcjami, a ja pragnę pokazać i pokazuję piękno podrygu synaps oraz melodię serca, w której nie wiadomo do końca, co jest normalnością, a co szaleństwem… "

"Przed napisaniem „Maszynopisu z Kawonu” obyłem się prenatalnie z literaturą takich autorów, jak: Proust, Leśmian, Joyce, Fraenger, z obrazami: Boscha, Goi, Grunewalda oraz z dziesiątkami godzin muzyki: Ravela, Karłowicza, Moszkowskiego, Czajkowskiego czy Chopina. Przygotowanie do napisania tej powieści było długim procesem, którą ostatecznie napisałem w ponad rok, lecz był to czas codziennej walki i mierzenia się z przeciwnościami natury psychiatrycznej oraz życiowej. Pisanie książki pochłaniało wiele dni, nocy oraz sił, po to tylko, aby dać wrażliwym duszom nadzieję, iż delikatność nadal w naszym świecie może istnieć. "

Czytając ten wywiad z Tomaszem Kowalczykiem nasunęło mi się porównanie, że autor "Maszynopisu" jest jak kot – chadza własnymi ścieżkami, ma własne zdanie, a nawet nie obchodzi go to, czy jego dzieło spodoba się czytelnikom (rozumianym jako masa). Autor jest szczery od początku do końca, odkrywa przed nami siebie, swoje myśli, swoją intymność.

"Kiedy artysta obniża literackie loty, aby przypodobać się odbiorcom, wtedy następuje prostytucja artystyczna, która w naszych czasach wynika z pogoni za pieniędzmi. A ja jestem sobą i w moich książkach można spotkać tylko mnie prawdziwego."

Awiola pyta również Kowalczyka kto odnajdzie się w jego książce, czy jest to powieść dla wszystkich czy tylko dla wybrańców rozumiejących poezję, a on zgrabnie odpowiada, że jest to powieść dla ludzi wrażliwych, wyobcowanych, szukających piękna i stroniących od techniki. Ale uwaga – jest to również lektura dla odważnych – a tych wśród czytelników Tylko Burak Nie Czyta nie brakuje. Uważam, że mimo wszystko nie jest to książka dla wszystkich, choć dla chcącego nic trudnego. Żeby przeczytać w całości "Maszynopis z Kawonu" trzeba przede wszystkim lubić i znać poezję – to po pierwsze. Po drugie trzeba lubować się w długich opisach czy metaforach. Po trzecie nie znajdziemy tu grzecznych i uporządkowanych myśli autora, ale wręcz przeciwnie – poglądy buntownika, który głośno i odważnie wypowiada swoje zdanie, rzucając wyzwanie światu. Nie jest to zatem książka dla osób, które mają swoje własne przekonania i nie chcą ich poszerzać o nowe doświadczenia.
Tomasz Kowalczyk dostrzega absurd ludzkich istnień i nie boi się wypowiadać takich słów jak:

"To nie są w ogóle ludzie, ci wszyscy, co by się powyrzynali za pieniądze i seks"

czy

"Rodzimy się z przekonaniem wyższości człowieka nad resztą świata, niczym w jakimś meczu futbolowym – górowanie jednej drużyny na drugą, a nie ma nic bardziej mylnego. Jesteśmy pnączami nowo powstających narzędzi cielesnych, które cieszą się, w wieku dziecięcym na widok małego zwierzątka, dlatego że parę chwil wcześniej – w macicy matki – dochodziło do ścierania się "przekonań" całościowego stworzenia świata. Otaczamy się zwierzętami, bo stanowią one nasze planetarium życia, i, wreszcie je nienawidzimy, wtedy gdy nienawidzimy pojedynczych, samozapładniający się komórek, przekazujących jaźń z sekundy na sekundę w odległe połacie naszej zwierzęcej przyszłości"

Ja choć poezję lubię i czytam miałam problem z przystosowaniem się do specyficznego języka, który pojawia się w "Maszynopisie", wiele razy natknęłam się na słownictwo trudne, dotąd mi nieznane, przez co musiałam sięgać do słownika, co było bardzo problematyczne, bo nie zawsze słownik czy dostęp do Internetu miałam "pod ręką". Kowalczyk wprowadza do swojej książki nowe słowa, tak jak malarz nakłada na obraz nowe barwy. Im trudniejsze i wymyślniejsze słowa, tym piękniejsze i bardziej barwne kolory pojawiają się na płótnie naszej wyobraźni. I tym bardziej przeciętny czytelnik cierpi i męczy się. Aby zrozumieć i uporządkować w swojej głowie myśli autora, trzeba nieraz się zatrzymać, zastanowić, przeanalizować fragment, zinterpretować go, a dopiero później przejść na następną stronę.
Zapewne znajdą się takie osoby, które przeczytają połowę i nie zrozumieją kompletnie nic. Ja również po kilku rozdziałach miałam takie wrażenie. Powiedziałam sobie, że będę czytać po dwa rozdziały na dzień, aby cokolwiek z lektury wyciągnąć. Dotrwałam do końca i oto jestem, staram się skleić kilka sensownych zdań o tej zdecydowanie niełatwej pozycji.
Im dalej się posuwałam w czytaniu, tym bardziej mogłam dostrzec zarys jakieś całości, myśli autora i jego celu (ale tylko odrobinę). W końcu rzeczywiście zobaczyłam, że książka traktuje o poszukiwaniu własnego siebie, czy o przekraczaniu granic. Główny bohater to mężczyzna, który mieszka z matką, ale zarówno buntuje się przeciw rodzinie, trwając w związku z Tosią. Wprowadzając do swojej książki Tosię, autor pokazuje nam bardzo erotyczne opisy i aktów seksualnych, nasycone wieloma przymiotnikami i dokładnych opisem sytuacji. Tosia nie jest jednak bohaterką nijaką, choć jest nieco w cieniu głównego bohatera, razem z nim buntuje się przeciw światu, co czyni ją bardzo ważną postacią (postaci ważnych czy wybitnych w książce jest zresztą niewiele).
Ponadto w  powieści Kowalczyka nie wiemy dokładnie co jest faktem, a co nie. Obrazy i zdarzenia przenikają się nawzajem, doszukamy się tam oniryczności czy absurdu.
Jak z każdej książki – choćby i najgorszej – zawsze się czegoś nowego dowiemy, nauczymy się. Jak już wspomniałam wcześniej, książka jest skarbnicą pięknych opisów stworzonych przy użyciu wymyślnych słów (do złudzenia przypominało mi to twórczość Schluza, który dla mnie też jest niesamowicie ciężkim autorem).
Ja zdecydowanie wolę by poezja była poezją w całej swojej poetyckiej formie. Wolę czytać wiersze z przyjemnością niż w katuszach odkrywać co autor ma na myśli, a przecież nawet i tego nie mogę być pewna. Czytając "Maszynopis" dosłownie zwariowałam. Są jednak takie książki, które na czytelnika muszą poczekać – być może wrócę do niej za kilka miesięcy, lat i wtedy czytając swoją recenzję będę się śmiać z własnej głupoty. Być może  :)

Czy warto więc czytać autora, który uważa że literatura skończyła się na Łysiaku, Wergiliuszu, Dantem, Szekspirze, Witkacym czy Lechoniu? Nikogo ani nie zniechęcam, ani nie zachęcam – sprawdźcie sami, bo to przecież najlepszy sposób na odnajdowanie pięknych, wyjątkowych, a często ukrytych ścieżek literatury.

A jeżeli zainteresowała Was postać Tomasza Kowalczyka warto odwiedzić jego stronę: http://tomaszkowalczyk.com/



Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi :)
Kasia







sobota, 21 marca 2015

Hermann Hesse - Małe radości



Hermann Hesse - Małe radości


Przecenianie wartości minuty, pośpiech, jako najważniejsze przyczyny kształtowania naszego życia, są bez wątpienia najgroźniejszymi wrogami naszych radości. (...)

Ten pośpiech naszego dzisiejszego życia wpływa na nas negatywnie już od wczesnego dzieciństwa, wydaje się się to smutne, ale konieczne. Niestety zagarnął on  także nasze krótkie momenty wolnego czasu; nasza umiejętność rozkoszowania się tymi chwilami zmalała, nawet wtedy, gdy wypoczywamy, jesteśmy zdenerwowani i wyczerpani. “Jak najwięcej i jak najszybciej” jest naszym sloganem, czego skutkiem jest to, że odczuwamy coraz mniej przyjemności i radości. (…)

Tak samo jak inni nie znam uniwersalnego przepisu na przezwyciężenie tego złego stanu rzeczy. Chciałbym jednak przypomnieć starą, niestety całkiem niemodną metodę, którą możemy prywatnie zastosować: wyważona przyjemność jest podwójną przyjemnością. I nie przeoczcie także małych radości! (…)

Z przyzwyczajeniem do umiarkowania wewnętrznie powiązana jest umiejętność czerpania przyjemności z „małych radości”. Ta umiejętność jest wszystkim ludziom pierwotnie przyrodzona, objawia się ona w pewnej dozie pogodności, miłości i poezji. Te małe radości, podarowane zwłaszcza ubogim, są tak niepozorne i występują w takiej ilości, że przytępione zmysły ludzi pracy nie są w stanie ich już odczuwać. One nie wpadają w oko, nie są reklamowane, nic nie kosztują! (dziwnym sposobem także ubodzy nie wiedzą, że najpiękniejszymi radościami są te, które nic nie kosztują,) Wśród tych przyjemności na pierwszym miejscu stoją te, które otwierają nas na codzienny kontakt z naturą. Przede wszystkim nasze oczy, których nadużywamy, przeciążone oczy nowoczesnego człowieka, są, o ile tego zechcemy, środkiem do niewyczerpanych przyjemności.

Gdy rano podążam do pracy, pędzą wokół mnie całe rzesze pracowników, którzy ledwo co wyczołgali się z łóżek. Większość z nich idzie szybko i kieruje swój wzrok na chodnik lub na twarze i ubrania nadchodzących z naprzeciwka. Głowa do góry, kochani przyjaciele! Spróbujcie tego kiedyś – drzewo albo przynajmniej kawałek nieba można wszędzie zobaczyć. To niekoniecznie musi być od razu jasne niebo, w jakiś sposób da się zawsze odczuć promyk słońca. Przyzwyczajcie się do tego, by każdego ranka rzucić wzrokiem na niebo i nagle poczujecie wokół siebie powietrze, tchnienie porannej świeżości, na którą możecie sobie pozwolić między snem na pracą. Dostrzeżecie, że każdy dzień i każdy szczyt dachu ma swój własny wygląd, ma swoją własną iluminację. Zwróćcie na to uwagę, a będziecie mieli na cały dzień satysfakcję i odrobinę współżycia z naturą. Stopniowo i bez wysiłku wasze oczy staną się pośrednikami w przeżywaniu wielu małych podniet, w przeżywaniu natury, w spostrzeganiu komiczności naszego małego życia. Stąd do spojrzenia na świat artysty jest już krótka droga, najważniejszy jest początek, otworzenie oczu.

Kawałek nieba, mur ogrodu obwieszony zielonymi gałęziami, pilnie pracujący koń, piękny pies, grupa dzieci, urodziwa twarz kobiety – nie dajmy sobie tego zrabować! Kto zaczął inaczej patrzeć na świat, dojrzy na środku ulicy skarby, nie tracąc przy tym ani minuty. Takie patrzenie w żadnym wypadku nie męczy, wręcz przeciwnie, wzmacnia  i odświeża, nie tylko oko. Wszystkie rzeczy mają swoją jasną stronę, także te nieciekawe i brzydkie, wystarczy tylko chcieć je widzieć.

Naprzeciwko domu, w którym przez długi czas pracowałem, leżała szkoła żeńska. Klasa dziesięcioletnich dziewczyn miała po tej stronie swoje boisko. Starałem się pilnie pracować i cierpiałem z powodu hałasu bawiących się dzieci, ale o ile więcej radości i chęci życia przysparzało mi każde spojrzenie na to boisko, jest nie do opisania. Te kolorowa ubrania, te pełne życia, wesołe oczy, te energiczne ruchy zwiększały moją radość życia. Szkoła jazdy konnej czy podwórko dla kur prawdopodobnie równie dobrze by  mi służyły. Kto raz spostrzegł grę świateł na jednokolorowej powierzchni, np. na domowej ścianie, ten wie, ile przyjemności może nam sprawić narząd wzroku.

Zadowólmy się tymi przykładami. Niektórym czytelnikom z pewnością wpadły już do głowy inne małe radości, takie jak wąchanie jakiegoś szczególnie pięknego kwiatka lub owocu, słuchanie własnego lub obcego głosu, podsłuchiwanie rozmów dzieci. Także nucenie lub wygwizdywanie jakiejś melodii należą do tego, tak jak tysiące innych drobiazgów, z których w swoim życiu można upleść jasny łańcuch małych przyjemności.

Każdego dnia przeżyć tak wiele małych radości, jak to tylko możliwe, a większe, bardziej męczące przyjemności rozdzielić sobie na dni wolne i na dobre godziny. To jest to, co chciałbym doradzić każdemu, kto cierpi na brak czasu i zniechęcenie. Te małe radości są nam dane przede wszystkim dla odpoczynku, dla codziennego wybawienia i odciążenia.

Tłumaczenie z pobudek ideowych a nie merkantylnych popełnił Marcin Musiał (tylkoburaknieczyta.pl)
Tekst z książki  Hermann Hesse "Das Leben bestehen" , Frankfurt am Main, 2002. S.9-13