sobota, 17 stycznia 2015

Mistrzowska symfonia na 800 stron

TYLKO BURAK NIE CZYTA NA FACEBOOK
"Wyznaję" to nie tylko powieść okrzyknięta mianem bestsellera, ale również książka, którą czyta niemal cała Europa – jak możemy przeczytać na okładce – obdarzona mianem arcydzieła.
Trudno się dziwić, że powieść posiada niemalże 800 stron, skoro składają się na nią setki lat i kilka pokoleń ludzi. W powieści przeplata się też mnóstwo różnych wątków – miłość, zło, skrzypce, muzyka, rodzina i języki. Ponadto autor odchodzi od wszelakich narzuconych form, sprawiając, że książkę czyta się jak świadectwo, bo poniekąd świadectwem jest. 

 W "Wyznaję" znajdziemy bogactwo języka, czy ciekawe formy. Mi najbardziej przypadło do gustu zapisanie procesu układania w domu książek, jak opisu stworzenia świata:"I powiedział książkom bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście uczyniły sobie dom poddanym."

Cała powieść skonstruowana jest też jak symfonia – czesto doznajemy zmiany tempa powieści, wątków, historii, co początkowo czytelnika może przerażać. Czytając fragment o głównym bohaterze, nagle przenosimy się o sto lat wcześniej, o ile nie o więcej. Podróżujemy w czasie, mając okazję znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie. Trafiamy do Rzymu z okresu pierwszej wojny światowej, Katalonii z okresu inkwizycji, czy do obozu Birkenau, gdzie ludzie są poddawani okropnym eksperymentom medycznym, gdzie krematoria są ulepszane, by mogły spalić większą ilość ciał. Książka jednak niemożliwe wciąga czytelnika pomiędzy swoje karty, zatapiając go w opowiadanej historii.
 

Głównym narratorem powieści jest Adrian – złote dziecko, które wychowuje się w surowej rodzinie, w której brakuje miłości. Od samego początku jest przeznaczony do robienia czegoś wielkiego – ojciec pragnie, by został wybitnym humanistą, poliglotą, uczonym, natomiast matka chce, by syn całe swoje życie poświęcił grze na skrzypcach. Adrian dorasta w gabinecie swojego ojca wśród przedmiotów, które mają swoje własne życie – są to oryginalne rękopisy średniowiecznych tekstów, japońskie antyki, przedmioty badań naukowych czy w końcu skrzypce. Skrzypce nie są zwykłym przedmiotem, jak zresztą podkreślane jest wielokrotnie w powieści. Jeżeli jakiś przedmiot bowiem posiada swoje imię, oznacza to, że żyje. A skrzypce, które należały do rodziny
Ardèvol swoje imię posiadają i noszą je, wydaje się z dumą - Vial, czyli pierwsze skrzypce Storioniego. Vial, czyli nazwisko zabójcy. Przenoszony z rąk do rąk, znaczony krwią wielu, którzy usilnie pragnęli go zatrzymać, uwodzący swoim niskim brzmieniem. Również i ojciec Adriana, nie zdobył Viala legalnie, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro pozytywną postacią nie był. Mężczyzna porzucił sutannę dla kobiety, po czym uciekł, kiedy dowiedział się, że jest w ciąży. Następnie ułożył sobie życie na nowo, a obfitowało ono w wiele zbrodni, kradzieży a nawet zabójstw. Feliks Ardèvol to niespotykany miłośnik rękopisów, który zaraża tą miłością swojego syna. Pomimo swojego zimnego serca sprawia, że syn podąża jego śladem, poniekąd staje się dla niego autorytetem. Adrian Ardèvol nigdy do końca nie robi tego, czego sam by pragnął. Odrzuca ideę matki o światowej karierze skrzypka na rzecz najpiękniejszego instrumentu, czyli języka. Nauka jest dla niego przyjemnością, gdyż odziedziczył talent po ojcu. Łacina, greka, hebrajski, aramejski, włoski, francuski, niemiecki, ale nie tylko. Chłopiec w wieku zaledwie trzynastu lat potrafi płynnie mówić w wielu językach, a niektóre z nich opanował sam, bez niczyjej pomocy. Zaczyna od hiszpańskiego poprzez francuski i niemiecki, a każdy kolejny język opanowuje z coraz to większą łatwością. Czytając "Wyznaję", można sobie zadać pytanie o sens uczenia się języków dzisiaj już martwych. Główny bohater odpowiada nam na nie – dla niego łacina, greka czy aramejski łączą się z wielką ideą, bohater dorasta w świetle łaciny, aramejskiego uczy się, kiedy jest już dorosły. Jego fascynacja językami przeplata się z uwielbieniem manuskryptów, którą również zaczerpnął od ojca. W książce znajdziemy odważne stwierdzenie, że nauczyć się języka, to znaczy czytać w nim klasyczne teksty. 

Adrian wychowuje się w samotności pośród książek w gabinecie swojego ojca, gdzie podsłuchuje jego czy też swojej matki rozmowy. Właśnie tam pierwszy raz poznaje takie słowa jak "prostytuka". Wyimaginowani przyjaciele towarzyszą mu aż do ostatnich dni, bo poza nimi i Małą Lolą, czyli służką, Adrian jako dziecko, nie ma prawie nikogo. Już pierwsze zdanie powieści przedstawia nam ogromny smutek bohatera:
"Dopiero wczoraj wieczorem, idąc zmoczonymi deszczem ulicami Vallcarki, zrozumiałem, że przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem".


Jednak to nie jedyny fragment, gdzie chłopiec, chłopak, a w końcu mężczyzna podkreśla swoją tęsknotę za miłością, której nigdy nie doświadczył. Czytając zostawione dla niego po śmierci rodziców listy usilnie szuka czegoś, co jednak świadczyłoby o tym, że był kochany. Niestety nie znajduje tam nic, oprócz zwrotu "Kochany" czy "Drogi" w nagłówku.
"Tak, z wielu powodów przyjście na świat w tej rodzinie było błędem. Przykro mi, że ojcu wystarczała świadomość, iż jestem jego synem. Nie zauważył, że jestem dzieckiem."

"Modliłem się słowami litanii mamo, umarłaś i nie wyjaśniłaś mi, czemu ty i ojciec byliście dla mnie tacy nieczuli; umarłaś i nie powiedziałaś, czemu byliście dla siebie nawzajem tacy obcy; (…) umarłaś i nie wyznałaś, mamo, czemu nigdy mnie nie kochałaś. Wymyśliłem tę modlitwę, bo jeszcze nie przeczytałem jej testamentu."

"
Nie sądzę, żeby kiedykolwiek się kochali. W ich domu nigdy nie było miłości. Ja byłem tylko przypadkową konsekwencją zdarzeń."



Adrian porzuca więc Viala, na rzecz nauki języków. Trudno się dziwić, że w książce występuje wiele cytatów, skoro sam autor jest filologiem. Wiele fragmentów zostaje jednak nieprzetłumaczonych, co utrudnia czytelnikowi zrozumienie całego tekstu. Tytułowy poszczególnych części powieści napisane są po łacinie, ponadto sam bohater wielokrotnie wtrąca łacińskie słowa czy zwroty, ale nie tylko. Czytelnik ma do czynienia prawie z każdym językiem poznanym przez bohatera. Tłumaczka "Wyznaję", Anna Sawicka wyjaśnia, że był to celowy zabieg autora, który chciał zwolnić nieco tempo powieści, pokazać, na jak wiele spraw nie znamy odpowiedzi, jak wiele rzeczy nas omija. Cytaty są jednak piękne, nadają książce wyrazistości. "Ludzie nie mieszkają w kraju, mieszkają w języku"

Adrian powoli dorasta, poznaje miłość swojego życia, ale ich relacja nie jest do końca szczera. Przypomina mi ona nieco stosunki pomiędzy Kasią, a Michałem z "Tristana 1946" Marii Kuncewiczowej. Adrian i Sara (lub Saha, gdyż bohaterka jest Francuzką) okłamują się wzajemnie, żeby zaoszczędzić sobie bólu i rozczarowań. Niby znają się od lat, ale z drugiej strony nie wiedzą o sobie wszystkiego. 

"Ale są takie zakamarki duszy, które pozostają nieznane, bo nie da się poznać do końca drugiego człowieka, choćby nie wiem co."

Adrian, czyli główny narrator zwraca się przede wszystkim do Sary, o czym świadczą bezpośrednie zwroty do ukochanej. Można jednak pokusić się na teorię, że bohater nie mówi ani do kobiety, ani nie opowiada jej o sobie. W niektórych momentach książki można mieć wrażenie, że narrator mówi jakoby o cieniach – opowiada o sobie, ale z drugiej strony, o osobie niezwykle mu odległej – o czymś, co już przeminęło.


"
Goethe ostrzegał: jeżeli jakieś postaci próbują w wieku dojrzałym zrealizować marzenia młodości, szykują sobie zgubę. Dla kogoś, kto nie poznał czy nie rozpoznał szczęścia w stosownym czasie, później, żeby nie wiem jak się wysilał, nie ma już szans. Miłość odnaleziona w wieku dojrzałym to w najlepszym wypadku czuła powtórka dawnych szczęśliwych chwil."

Drugim narratorem, poza wątkami, wspominającymi przeszłość jest przyjaciel Adriana – Bernat Plensa. Relacja między nimi jest przede wszystkim szczera. W wywiadzie z Xiegarnią Jaume
Cabré odpowiedziawszy na pytanie, a właściwie stwierdzenie, że jest taki sam jak Adrian, odpowiedział:

"Kiedy piszę, czuję się jak kompozytor, a moje nuty to są słowa. Piszę, ponieważ jestem sfrustrowanym muzykiem. Chciałbym komponować, ale nie potrafię. (...) Wszystko co potrafię, to pisanie. A każdy powinien się skupić na tym, co umie."

To kolejna z głównych myśli "Wyznaję" – Bernat jest świetnym muzykiem, ale marzy o zostaniu pisarzem. Adrian jest wobec przyjaciela szczery – krytykuje jego twórczość literacką i ciągle radzi by skupił się na skrzypcach – czyli na czymś, w czymś jest perdekcyjny, nie dlatego że musi, ale dlatego że potrafi.
Ardèvol zazdrości przyjacielowi tego, że matka głaszcze go po głowie, kiedy wraca ze szkoły, że gra na skrzypcach jest dla niego przyjemnością, bo nikt go do niej nie zmusza i dlatego, że wolno mu było odpowiedzieć jeszcze nie wiem, kiedy zapytali go, kim chce zostać w przyszłości.
Głównym wątkiem powieści jest jednak zło – przewija się ono powoli przez wszystkie strony "Wyznaję". Zło to nie tylko osoby, ale i czyny. Jaume
Cabré w przerażający sposób opowiada o wojnie i ich następstwach. To chyba pierwsza książka, która tak dosadnie uświadomiła mi, że z końcem wojny nie zakończył się jej tragizm i katastrofizm. Że koniec wojny mógł być jeszcze gorszy, że mógł oznaczać życie na codzień z tym, co się widziało, co się przeżyło, że mógł prowadzić do wielu samobójstw. Czytając fragmenty o wujku Chaimie pomyślałam nawet, że ci ludzie mieli jak największe prawo, by odebrać sobie życie, by w ich myślach nie pojawiały się już obrazy, które zobaczyli, by skrócić męki i wyrzuty sumienia za to, że przetrwali. Za to, że żyją. Mamy tutaj zatem do czynienia z samobójstwem, jako aktem eskapizmu. Autor otwiera czytelnikowi oczy, bo przecież nie można być obojętnym względem kamieniowanej kobiety, względem dziewczynki, która umiera z bólu i z oczyma pełnymi łez pyta Dlaczego? czy ludzi, którzy mają zabawiać nazistów, biegając od ściany do ściany i potykając się o ciała tych, którzy z gry odpadli.

"
Jeżeli mogę czynić zło, bo taką mam ochotę, i nic się nie dzieje, to znaczy, że ludzkość nie ma przyszłości."

Ten, który spodziewa się łatwej lektury, jest w błędzie. Książka nie jest trudna w odbiorze, ale pobudza naszą wyobraźnie, daje do myślenia, każe się zatrzymać i pomyśleć nad niektórymi sprawami, otworzyć oczy. Oczywiście nie wszystko, o czym tam przeczytamy ma jakiś ukryty podtekst, gdzie będziemy musieli się doszukać wzniosłej ideii. Jaume
Cabré stworzył przedmiot, który podobnie jak skrzypce Lorenzo Storioniego żyje własnym życiem. Akcja książki nie zamyka się wraz z ostatnią przeczytaną stroną. To, co się zobaczyło i o czym się dowiedziało, kogo się poznało – wszystko to pozostaje w sercu, dojrzewa, przypomina o sobie, towarzyszy nam w życiu. Różne emocje towarzyszyły mi przy czytaniu – od śmiechu do rzewnego płaczu. Już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, że dzieło Cabré nie tylko było warte czytania, ale tysiąckrotnie spłaci mi się w przyszłości. Z każdą kolejną stroną błagałam, aby fabuła nagle nie zaczęła robić się nuda czy nadto skomplikowana – jednym słowem – by książka się nie zepsuła, bo z eksperymentami (a trzeba przyznać że autor tego właśnie dokonał) tak czasem bywa.

"Wyznaję" zdecydowanie zasługuje na miano arcydzieła. Wciąga, fascynuje, oplata czytelnika niczym bluszcz i zamyka go pomiędzy kartami swojej powieści, czyniąc go jednym ze spadkobierców świadectwa Adriana. 

Wiem, że nie jest to pierwszy i ostatni raz, kiedy przeczytałam tę książkę. Przy kolejnym czytaniu będę jednak słuchać muzyki skrzypiec, by lepiej wczuć się w nastrój i akcję powieści, ale również uczucia bohatera, jak i samego autora.


Co jeszcze mogę powiedzieć? Dzięki
Cabré in arcadia ego, confiteor.

[Kasia]