środa, 5 lutego 2014

Nie jest to strona o ekonomii, bo też się nią nie interesuję. Jestem jednak odbiorcą mediów i w nich staram się znaleźć najbardziej wartościowych "przekaźników". Jeden z nich, Tadeusz Mosz, wczoraj odszedł. Pozwalam sobie go tym małym gestem upamiętnić.

wtorek, 4 lutego 2014


HERMANN HESSE

MOJEMU BRATU

1. Gdy teraz nasz hajmat* znowu widzimy,
idziemy oczarowani przez izby,
przez długi czas w starym ogrodzie stoimy,
gdzie niegdyś bawiliśmy się jako dzicy malcy.

2. A z piękności owych,
które na zewnątrz w świecie posiedliśmy,
żadna już nas więcej nie cieszy, ni się podoba,
gdy w domu kościelnego dzwonu bicie słyszymy.

3. Cicho idziemy starymi drogami
przez zieloną krainę dni dziecinnych,
dni te poruszać będą nam sercami
obce i wielkie jak w baśniach pięknych.

4. Ach, a wszystko, co mogło na nas poczekać,
nigdy nie zaświeci już prawdziwym blaskiem
Takim jak przed laty każdy dzień w ogrodzie,
gdy jako chłopcy goniliśmy za motylem.
(tłum. tylkoburaknieczyta)


poniedziałek, 3 lutego 2014



"Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych"

Życie też może być wojną


Rzadko kiedy czytam nowości książkowe z literatury polskiej, szczególnie gdy nie pochodzą spod pióra pisarzy ze współczesnego kanonu. Tym razem zrobiłem jednak wyjątek, bo o poprzedniej książce Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia" naczytałem się wiele dobrego.


W najnowszym swoim dziele "Anioły jedzą trzy razy dziennie" Jagielska pokazuje nam świat, którego na co dzień nie widzimy i zobaczyć nie możemy, bo jest jakby za grubą szybą. A paradoksalnie możemy tam trafić, nikt nigdy nie może wykluczyć tego, że kiedyś jego zdrowie psychiczne może pogorszyć się na tyle, że będzie musiał zostać hospitalizowany.


Akcja tej powieści rozgrywa się bowiem w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego, jest oparta mocno na faktach, ale oczywiście dla dobra bohaterów autorka zakamuflowała ich personalia. To, że mamy do czynienia z "samym życiem" jest mocą napędową tej książki.


Trafić do psychiatryka można z różnych przyczyn, w książce mamy przedstawioną galerię postaci z różnych sfer społecznych, chociażby samą autorkę (przez lata żyła w strachu o życie swojego męża, korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego); nie ona jest w książce najważniejsza, bo usuwa się tak jakby na bok, by ukazać nam problemy innych. Oczywiście najwięcej jest weteranów wojennych, najwięcej jest opisów ich przeżyć, są one najbardziej drastyczne i nawet zagorzałego militarystę mogą przekonać do tego, że wojna jest zupełnie bezsensowna, a to, co po niej pozostaje, to psychiczne (i nie tylko takie) spustoszenie: "Jaka szkoda, że nie można wyłączyć umysłu, kiedy człowiek przestaje sobie z czymś radzić, powinien mieć taką zdolność. Likwidacji obrazów, jakie się w nim zalęgły, jak wirusa w laptopie."*


Dla przeciętnego czytelnika, któremu raczej nie grożą misje wojskowe, ciekawsze mogą być postaci cywilne, które też mają swoje traumy, niekoniecznie mniejsze niż żołnierze. Nie będę bardziej szczegółowo opisywał tego wątku, by czytelnik sam mógł się zastanowić nad tym, co niewłaściwego zrobili cywilni bohaterowie, że wpadli w sidła zaburzeń psychicznych. Oddam tylko na chwilę głos autorce, która w wywiadzie dla tygodnika POLITYKA mówi:
 "Wszystkich nas - i żołnierzy, i cywilów - charakteryzował zanik tożsamości. Może to dziwnie zabrzmi, ale to w dzisiejszym świecie zrozumiałe. Bieg wydarzeń przekracza ludzkie zdolności adaptacyjne. Całe zawody, miejsca pracy nikną z dnia na dzień, nasze z trudem zdobyte wykształcenie nagle z atutu przekształca się w obciążenie. Tożsamość jako coś, co budujemy przez całe życie, raczej nam przeszkadza, niż pomaga. W jaki sposób mamy zbudować nasz krąg bezpieczeństwa, skoro każda umowa, nawet umowa z partnerem na wspólne życie, może zostać wypowiedziana? Więc staramy się żyć z dnia na dzień. Mamy być ruchliwi, kształtować w sobie umiejętność zmiany. Musimy mieć zdolność nieustannego pozbywania się tożsamości i zmiany jej na inną, taką, jaką podsuwają nam nowe okoliczności. Bo tak nam dyktuje rozsądek i chęć przetrwania. Instynkt. Tyle że w ten sposób pozbywamy się tożsamości. Człowiek nie może żyć bez tożsamości. Gdy nie ma odpowiedzi na pytanie, kim jest, to jest nikim".** 

Wypada zaufać autorce, kiedy chodzi o interpretację utworu, temat utraty tożsamości, przehandlowania jej na źle pojętą mobilność jest szalenie ciekawy.

"Anioły jedzą trzy razy dziennie" to książka godna polecenia. Kto spodziewa się literackiej finezji (objawiającej się np. w języku), ten może być nie do końca zadowolony. Kto chce mocnej literatury, mówiącej o błędach, jakie możemy popełnić w życiu, będzie ukontentowany.

*Jagielska Grażyna, Anioły jedzą trzy razy dziennie, Kraków, Znak, 2014, s.163
**POLITYKA 3/2013 s.60


niedziela, 2 lutego 2014



„Kiedy mieszkałem w Dublinie, panował tam jakiś rodzaj desperackiej wolności, który bierze się z braku odpowiedzialności; ponieważ wtedy rządzili Brytyjczycy, każdy mówił, co chciał. Teraz dochodzą mnie głosy, że odkąd mamy Wolne Państwo, wolności jest coraz mniej. Wszędzie wciska się Kościół, tak więc staliśmy się narodem mieszczan z kościelną arystokracją... nie wróży to dobrze naszemu rozwojowi intelektualnemu. Jeśli Kościół weźmie władzę, weźmie wszystko... zostawi tylko stare, nikomu niepotrzebne ochłapy, a my się stoczymy do poziomu drugiej Hiszpanii”. Arthur Power, Rozmowy z Jamesem Joyce'em, s.72

Grażyna Jagielska "Anioły jedzą trzy razy dziennie"

"Jaka szkoda, że nie można wyłączyć umysłu, kiedy człowiek przestaje sobie z czymś radzić, powinien mieć taką zdolność. Likwidacji obrazów, jakie się w nim zalęgły, jak wirusa w laptopie."

WISŁAWA SZYMBORSKA


„Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. Homo ludens tańczy, śpiewa, przybiera pozy, stroi się, ucztuje i odprawia wyszukane ceremonie. Nie lekceważę doniosłości tych zabaw, są to jednak działania kolektywne, nad którymi unosi się mniej lub więcej wyczuwalny zapaszek zbiorowej musztry. Homo ludens z książką jest wolny. Wolno mu zachichotać w miejscu do tego nieprzewidziany albo nagle zatrzymać się przy słowach, które zapamięta na całe życie. Wolno mu wreszcie – czego żadna inna zabawa ofiarować mu nie może – posłuchać, o czym rozprawia Montaigne, albo dać chwilowego nurka w mezozoik”.