piątek, 6 czerwca 2014
środa, 4 czerwca 2014
Ostatni list Franza Kafki
Do Julie i Hermanna Kafków
Kierling, 2 czerwca 1924
Najdrożsi Rodzice!
A zatem wizyty, o których czasem piszecie. Zastanawiam się nad tym codziennie, ponieważ jest to dla mnie bardzo ważna sprawa. Byłoby tak pięknie, tak długo nie byliśmy już razem. Nie liczę pobytu w Pradze, były to tylko perturbacje mieszkaniowe, sam nie pamiętam, kiedyśmy pobyli razem spokojnie przez kilka dni w pięknej okolicy - kiedy tak właściwie było? Raz kilka godzin we Franzensbadzie. A wtedy wypilibyśmy razem „kufel dobrego piwa”, jak piszecie, z czego wnioskuję, że ojciec nie ceni wysoko młodego wina - i w kwestii piwa się z nim zgadzam. Zresztą, jak wspominam teraz często podczas upałów, już kiedyś regularnie pijaliśmy razem piwo, przed wieloma laty, gdy ojciec zabierał mnie ze sobą do Cywilnej Szkoły Pływania.
To i wiele innych rzeczy przemawia za wizytą, ale zbyt wiele przemawia przeciw. Po pierwsze, ojciec nie będzie mógł przyjechać prawdopodobnie z powodu trudności paszportowych. To oczywiście odbiera wizycie dużą część sensu, przede wszystkim jednak matka będzie przez to, ktokolwiek inny by jej towarzyszył, za bardzo na mnie skupiona, skoncentrowana, a ja wciąż nie jestem bardzo piękny i w ogóle wart oglądania. Trudności pierwszych chwil tu i w Wiedniu znacie, trochę mnie zrujnowały i przeszkodziły szybkiemu spadkowi gorączki, która pracowała nad dalszym osłabianiem mnie; zaskoczenie sprawą krtani osłabiło w pierwszym okresie bardziej, niżby obiektywnie należało - dopiero teraz wydobywam się z tych wszystkich niedomagań dzięki niemożliwej do wyobrażenia sobie z oddali pomocy Dory i Roberta (kim byłbym bez nich!). Przeszkody istnieją też teraz, i tak na przykład jeszcze nie całkiem pokonany nieżyt jelit z ostatnich dni. To wszystko razem sprawia, że mimo moich cudownych pomocników, mimo dobrego powietrza i wyżywienia, prawie codziennych kąpieli powietrznych, wciąż jeszcze nie wydobrzałem całkowicie, nie jestem nawet w takim stanie jak choćby ostatnio w Pradze. A jeśli doliczycie do tego, że mogę mówić tylko szeptem, a i to nie za często, chętnie też przesuniecie wizytę. Wszystko ma się ku lepszemu, ostatnio pewien profesor stwierdził istotną poprawę krtani, ale nawet jeśli zdaniem tego bardzo miłego i bezinteresownego człowieka - przyjeżdża raz w tygodniu własnym autem i prawie nic za to nie chce..., jego słowa były dla mnie wielką pociechą - wszystko ma się ku lepszemu, nic mi po tym, jeśli gościom, i to takim, jakimi wy byście byli, nie można pokazać dużych, niezaprzeczalnych, okiem laika mierzalnych postępów. Lepiej to zostawić. Czy nie powinniśmy więc tego tymczasem zostawić, moi kochani rodzice?
Nie wierzcie w to, że moglibyście moje tutejsze leczenie poprawić albo wzbogacić. Wprawdzie właścicielem sanatorium jest stary, chory mężczyzna, który nie może się tą sprawą wiele zajmować, a obcowanie z bardzo przyjemnym lekarzem asystentem jest bardziej towarzyskie niż medyczne, ale poza okazyjnymi wizytami specjalistów jest tu przede wszystkim Robert, który mnie nie odstępuje, i zamiast myśleć o swoich egzaminach, ze wszystkich sił myśli o mnie, potem młody lekarz, do którego mam duże zaufanie (i jego, i wspomnianego profesora zawdzięczam architektowi Ehrmannowi*, a który przyjeżdża tu trzy razy w tygodniu,
Skoro tak się odnoszę do tej wizyty,
wprawdzie jeszcze nie autem, lecz skromnie, pociągiem i autobusem trzy razy w tygodniu.
Wyjmuję mu list z ręki. To był tak czy owak wyczyn. Jeszcze tylko kilka linijek, które zgodnie z jego prośbą wydają się bardzo ważne**
[Franz Kafka zmarł w sanatorium w Kierling 3 czerwca 1924 roku.]
*Architekt i projektant Leopold Ehrmann ze Strakonic, prawdopodobnie krewny Kafki.
**Niedokończony dopisek Dory Diamant.
Tłum. Anna i Robert Urbańscy
Kierling, 2 czerwca 1924
Najdrożsi Rodzice!
A zatem wizyty, o których czasem piszecie. Zastanawiam się nad tym codziennie, ponieważ jest to dla mnie bardzo ważna sprawa. Byłoby tak pięknie, tak długo nie byliśmy już razem. Nie liczę pobytu w Pradze, były to tylko perturbacje mieszkaniowe, sam nie pamiętam, kiedyśmy pobyli razem spokojnie przez kilka dni w pięknej okolicy - kiedy tak właściwie było? Raz kilka godzin we Franzensbadzie. A wtedy wypilibyśmy razem „kufel dobrego piwa”, jak piszecie, z czego wnioskuję, że ojciec nie ceni wysoko młodego wina - i w kwestii piwa się z nim zgadzam. Zresztą, jak wspominam teraz często podczas upałów, już kiedyś regularnie pijaliśmy razem piwo, przed wieloma laty, gdy ojciec zabierał mnie ze sobą do Cywilnej Szkoły Pływania.
To i wiele innych rzeczy przemawia za wizytą, ale zbyt wiele przemawia przeciw. Po pierwsze, ojciec nie będzie mógł przyjechać prawdopodobnie z powodu trudności paszportowych. To oczywiście odbiera wizycie dużą część sensu, przede wszystkim jednak matka będzie przez to, ktokolwiek inny by jej towarzyszył, za bardzo na mnie skupiona, skoncentrowana, a ja wciąż nie jestem bardzo piękny i w ogóle wart oglądania. Trudności pierwszych chwil tu i w Wiedniu znacie, trochę mnie zrujnowały i przeszkodziły szybkiemu spadkowi gorączki, która pracowała nad dalszym osłabianiem mnie; zaskoczenie sprawą krtani osłabiło w pierwszym okresie bardziej, niżby obiektywnie należało - dopiero teraz wydobywam się z tych wszystkich niedomagań dzięki niemożliwej do wyobrażenia sobie z oddali pomocy Dory i Roberta (kim byłbym bez nich!). Przeszkody istnieją też teraz, i tak na przykład jeszcze nie całkiem pokonany nieżyt jelit z ostatnich dni. To wszystko razem sprawia, że mimo moich cudownych pomocników, mimo dobrego powietrza i wyżywienia, prawie codziennych kąpieli powietrznych, wciąż jeszcze nie wydobrzałem całkowicie, nie jestem nawet w takim stanie jak choćby ostatnio w Pradze. A jeśli doliczycie do tego, że mogę mówić tylko szeptem, a i to nie za często, chętnie też przesuniecie wizytę. Wszystko ma się ku lepszemu, ostatnio pewien profesor stwierdził istotną poprawę krtani, ale nawet jeśli zdaniem tego bardzo miłego i bezinteresownego człowieka - przyjeżdża raz w tygodniu własnym autem i prawie nic za to nie chce..., jego słowa były dla mnie wielką pociechą - wszystko ma się ku lepszemu, nic mi po tym, jeśli gościom, i to takim, jakimi wy byście byli, nie można pokazać dużych, niezaprzeczalnych, okiem laika mierzalnych postępów. Lepiej to zostawić. Czy nie powinniśmy więc tego tymczasem zostawić, moi kochani rodzice?
Nie wierzcie w to, że moglibyście moje tutejsze leczenie poprawić albo wzbogacić. Wprawdzie właścicielem sanatorium jest stary, chory mężczyzna, który nie może się tą sprawą wiele zajmować, a obcowanie z bardzo przyjemnym lekarzem asystentem jest bardziej towarzyskie niż medyczne, ale poza okazyjnymi wizytami specjalistów jest tu przede wszystkim Robert, który mnie nie odstępuje, i zamiast myśleć o swoich egzaminach, ze wszystkich sił myśli o mnie, potem młody lekarz, do którego mam duże zaufanie (i jego, i wspomnianego profesora zawdzięczam architektowi Ehrmannowi*, a który przyjeżdża tu trzy razy w tygodniu,
Skoro tak się odnoszę do tej wizyty,
wprawdzie jeszcze nie autem, lecz skromnie, pociągiem i autobusem trzy razy w tygodniu.
Wyjmuję mu list z ręki. To był tak czy owak wyczyn. Jeszcze tylko kilka linijek, które zgodnie z jego prośbą wydają się bardzo ważne**
[Franz Kafka zmarł w sanatorium w Kierling 3 czerwca 1924 roku.]
*Architekt i projektant Leopold Ehrmann ze Strakonic, prawdopodobnie krewny Kafki.
**Niedokończony dopisek Dory Diamant.
Tłum. Anna i Robert Urbańscy
4 czerwca
Dzisiaj #ŚwiętoWolności! Z tej okazji cytat jednego z
ojców-założycieli III RP Tadeusza Mazowieckiego o demokracji z książki
"Rok 1989 i lata następne" http://tiny.pl/q8x4b
Sam jako 26-latek jestem zadowolony z przemian, które dokonały się w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, będąc jednak świadomy wielu niedociągnięć, które jako silne i samoświadome społeczeństwo jesteśmy w stanie nadrobić
4 czerwca powinien być hucznie obchodzony w całej Polsce, jednak odnoszę wrażenie, że zdecydowana większość rocznicowych wydarzeń odbywa się w Warszawie, a w innych miastach martwa cisza. Np. we Wrocławiu nie dzieje się z tej okazji NIC, a przeznaczone do kultywowania pamięci organizacje (Instytut Pamięci Narodowej we Wrocławiu) umywają ręce.
Mimo to: radujmy się
Sam jako 26-latek jestem zadowolony z przemian, które dokonały się w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, będąc jednak świadomy wielu niedociągnięć, które jako silne i samoświadome społeczeństwo jesteśmy w stanie nadrobić
4 czerwca powinien być hucznie obchodzony w całej Polsce, jednak odnoszę wrażenie, że zdecydowana większość rocznicowych wydarzeń odbywa się w Warszawie, a w innych miastach martwa cisza. Np. we Wrocławiu nie dzieje się z tej okazji NIC, a przeznaczone do kultywowania pamięci organizacje (Instytut Pamięci Narodowej we Wrocławiu) umywają ręce.
Mimo to: radujmy się
"Demokracja w przeciwieństwie do
ustroju totalitarnego nie oferuje mitu absolutnej szczęśliwości.
Proponuje współuczestnictwo, współkształtowanie, ciągłe
reformowanie i poprawianie tego, co złe. Czasem radykalne, ale
zawsze nieostateczne.
Demokracja wymaga minimalnej choćby
zdolności do dialogu i do kompromisu. To ostatnie jest dla nas,
Polaków, trudne, ponieważ przyzwyczailiśmy się do słowa
kompromis dodawać od razu „zgniły”, jakby każdy kompromis był
taki z samej swej natury. Choć zasada nieustannego ucierania praw,
jak to było w Pierwszej Rzeczypospolitej, należy do polskiego
dziedzictwa politycznego."
poniedziałek, 31 marca 2014
Moja historia czytania czyli jak pokochałem książki i Hrabala
Aż do
końca liceum czytanie książek wydawało mi się złem koniecznym,
czynność ta była istną mordęgą, tak więc się od niej
wymigiwałem, czytając bryki. Ale w zasadzie się sobie nie dziwię,
kanon lektur, z jakim się zetknąłem w liceum nie był w stanie
mnie pobudzić (poza paroma wyjątkami, np. "Dżumą") do
innego postrzegania literatury, książki były dla mnie martwe i nie
były w stanie zareagować ze mną, a fakt, że jestem Ślązakiem
dodatkowo utrudniał przyswajanie wyrosłej na zupełnie innej
tradycji kulturowej i historycznej literatury polskiej, co wyraził
najlepiej nieodżałowanej pamięci prof. Stefan Szymutko, skądinąd
filolog polski: "Jak można było zachwycić się litewskim
chłodnikiem, kiedy proszony obiad kojarzył się tartymi kluskami i
modrom kapustom?" ("Nagrobek ciotki Cili")
Także
mój dom nie był wypełniony miłośnikami książek, ba, nie był
wypełniony nawet książkami! Niestety nawyk czytania nie został mi
wpojony przez rodziców, wskazali mi wiele wartościowych postaw, ale
czytania dla samorozwoju i czytania jako najwartościowszej rozrywki
akurat nie. Powód? Sami nie wynieśli takich nawyków z swoim domów,
można by to więc nazwać „pokoleniowym wykluczeniem
czytelniczym”. Z kręgu takiego wykluczenia może wyrwać np.
szkoła, ta jednak w moim przypadku zawiodła.
Miałem
jednak szczęście, bo w tamtym czasie do niezainteresowania
książkami dochodziła skłonność do muzyki hip-hop. Na hasło
"hip hop" większość pewnie wyobraża sobie wulgarnego
rapera w spodniach typu baggy, któremu książki nie w głowie. No i
niestety większość ma rację, bo przeciętny polski raper to
właśnie ucieleśnienie tego pozornie stereotypowego wyobrażenia.
Są jednak wyjątki, a tę wyjątkowość ilustruję cytatem:
„chciałbym umieć pisać o miłości jak Neruda
Umieć ciepło opisywać ludzi jak Hrabal” (Popołudnie pisarza)
Umieć ciepło opisywać ludzi jak Hrabal” (Popołudnie pisarza)
To
warszawski raper Eldo (absolwent filozofii) i jego utwór "Książki"
(do wysłuchania tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=xuYPpd4y8eI
) otworzyły mnie na nowy świat. Od tej piosenki właśnie wszystko
się zaczęło: i zainteresowanie literaturą w ogólności się
zaczęło i miłość do Bohumila Hrabala się zaczęła.
Z
tekstów Eldo wyłapałem właśnie 2 nazwiska: Hrabal i Bukowski.
Tego drugiego też łapczywie zacząłem czytać, wchłonąłem kilka
książek, oczywiście mi się podobały, początek studiów (bo
wtedy go czytałem) to taki czas, gdy zaczyna się traktować
pijaństwo jako szacowne zajęcie, tak więc Bukowski wręcz musiał
mi przypaść do gustu! Gdy jednak po kilku latach znowu chwyciłem
po jakąś jego książkę, to się przeraziłem - nic w tej
literaturze już dla mnie nie było, żadnego drugiego dna, żadnej
podniety dla ducha, pustka. Ostatnio jednak, gdy wspominałem na
profilu 20. rocznicę jego śmierci, to przeczytałem kilka jego
wierszy - troszeczkę sensu jednak tam znalazłem!
Wracając
jednak do Hrabala... Nie pamiętam, którą jego książkę czytałem
jako pierwszą, może to były "Pociągi pod specjalnym
nadzorem"? Na pewno pamiętam jednak moment, gdy czytałem
"Postrzyżyny" - w mieszkaniu studenckim leżąc na łóżku,
zaśmiewałem się do łez czytając o perypetiach matki Hrabala
("Postrzyżyny" to pierwsza część mocno
autobiograficznej tzw. trylogii nymburskiej).
Niesamowite
przeżycie! Ten śmiech, który nachodzi mnie gdy czytam jego
książki, rozchodzi się od brzucha po całym ciele, jestem w
zasadzie sparaliżowany szczęściem! I mam tak do dzisiaj! Skąd się
to bierze? Według mnie ze sposobu w jaki Hrabal opisuje swoich
bohaterów, pokazuje on ich bowiem w całości, bez skrępowania, bez
żadnego retuszu: bohaterowie Hrabala są ludzcy, a więc komiczni,
żałośni, mądrzy, ordynarnie głupi, a cechy te występują u nich
zmiennie, śmiejemy się z nich, śmiejąc się właściwie z siebie.
Czytając Hrabala, jestem szczęśliwy z bycia człowiekiem, wiem
wówczas bowiem, do jak ciekawego gatunku przyszło mi należeć!
Autor
"Zbyt głośnej samotności" to wielki erudyta,
przekonujemy się o tym na każdej stronie, jesteśmy zasypywani
cytatami i kryptocytatami i jest to jedna z największych zalet jego
twórczości, obcując z nią, obcujemy jednocześnie z dorobkiem
setek wielkich serc i umysłów, natykamy się na Chrystusa, Lao Tse,
Hegla, Nietzschego i dziesiątki innych, a obok nich mamy knajpianych
mędrców, bez formalnego wykształcenia, za to z wielkim udziałem w
rozumieniu świata.
Wiele
zawdzięczam Bohumilowi Hrabalowi, lektura jego niesamowitych książek
otworzyła mnie na literaturę i na zrozumienie samego siebie. Świat
zadziwiająco piękny. Ale to tylko ode mnie zależy, czy będę
chciał go takim widzieć! :)
PAPIEŻ FRANCISZEK
SŁOWO NA NIEDZIELĘ! Od roku głową Kościoła jest papież Franciszek. Nieprzypadkowo zaskarbił sobie sympatię tylu katolików i niekatolików - pojawiła się oto osoba, która napuszoność urzędu ma za nic, nie pozwala budować swoich pomników, bieda nie jest dla niej tylko martwym słowem w orędziach, a niekatolików traktuje jako współbraci w cżłowieczeństwie. Zupełnie nowy język, choć można było go spotkać już w pewnej księdze sprzed 2000 lat...
Na rynku pojawiło się już sporo książek papieża:
-pierwszy cytat pochodzi z "Rozmowy z niewierzącymi" (głośny wywiad z włoskim dziennikarzem + pierwsza encyklika) http://www.mwydawnictwo.pl/p/1069/rozmowy-z-niewierzącym
-drugi z "Jezuita. Papież Franciszek" (wywiad rzeka z Jorge Bergoglio) http://rafael.pl/produkt/jezuita-papiez-franciszek-miekka
-"W niebie i na ziemi" (rozmowa rabina Skorki z Bergoglio) http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3774,W-niebie-i-na-ziemi
Jak i wiele innych, w tym adhortacja Evangelii Gaudium, tę można jednak też pobrać za darmo: http://www.wydawnictwowam.pl/?Page=info&Id=Adhortacja_Franciszka_Evangelii_Gaudium
Książki są w przystępnych cenach, ja sam wszystkie mam i wszystkie przeczytałem, polecam Wam to samo, niezależnie od wyznania/braku wyznania :)
Na rynku pojawiło się już sporo książek papieża:
-pierwszy cytat pochodzi z "Rozmowy z niewierzącymi" (głośny wywiad z włoskim dziennikarzem + pierwsza encyklika) http://www.mwydawnictwo.pl/p/1069/rozmowy-z-niewierzącym
-drugi z "Jezuita. Papież Franciszek" (wywiad rzeka z Jorge Bergoglio) http://rafael.pl/produkt/jezuita-papiez-franciszek-miekka
-"W niebie i na ziemi" (rozmowa rabina Skorki z Bergoglio) http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3774,W-niebie-i-na-ziemi
Jak i wiele innych, w tym adhortacja Evangelii Gaudium, tę można jednak też pobrać za darmo: http://www.wydawnictwowam.pl/?Page=info&Id=Adhortacja_Franciszka_Evangelii_Gaudium
Książki są w przystępnych cenach, ja sam wszystkie mam i wszystkie przeczytałem, polecam Wam to samo, niezależnie od wyznania/braku wyznania :)
sobota, 15 marca 2014
Czy czytelnictwo w Polsce zostanie wskrzeszone?
TYLKO
BURAK NIE CZYTA NA FACEBOOK
Biblioteka publiczna dzisiaj jest w moim mniemaniu absolutnie podstawową jednostką kultury. Z prostego względu: jest ona nadal (mimo likwidacji wielu z nich) jedną i jedyną instytucją kulturalną w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Problemem jest jednak stosunek władzy samorządowej do biblioteki - rzadko kiedy jest ona wysoko na liście priorytetów, bo skutki jej oddziaływania nie są tak dobrze widoczne czy wręcz namacalne jak remont drogi czy budowa kanalizacji.
Biblioteka publiczna dzisiaj jest w moim mniemaniu absolutnie podstawową jednostką kultury. Z prostego względu: jest ona nadal (mimo likwidacji wielu z nich) jedną i jedyną instytucją kulturalną w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Problemem jest jednak stosunek władzy samorządowej do biblioteki - rzadko kiedy jest ona wysoko na liście priorytetów, bo skutki jej oddziaływania nie są tak dobrze widoczne czy wręcz namacalne jak remont drogi czy budowa kanalizacji.
Również władza centralna nie hołubi zbytnio kultury,
żadna partia po 1989 roku nie wygrała wyborów, mając w programie
wyborczym haseł o potrzebie wspierania akurat tej dziedziny życia.
Jedyna formacja, której kultura była jako tako po drodze, czyli
momentami przeinteliktualizowana Unia Demokratyczna/Wolności już od
ponad dekady leży na śmietniku historii. Piarowcy przekładają
taką sytuację na hasło: "z książką wyborów się nie
wygra".
Wydatki
na kulturę stanowią w naszym kraju ok. 0,5 % PKB. Jest to
zatrważająco niska kwota, tak więc podstawowym problemem kultury
(a więc i bibliotek) jest jej niedofinansowanie. Liczba nowo
zakupionych woluminów w przeliczeniu na jednego mieszkańca
pokazuje, że Polsce bliżej jest w tej sferze do Albanii niż do
Belgii...
Pewną
nadzieją dla uzdrowienia tej ewidentnie chorej sytuacji jest
wdrożony w tym roku Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa 2014-2020,
w którego założeniach czytamy, że:
"Program
obejmuje najważniejsze z obszarów powiązanych z czytelnictwem i
obecnością książki na rynku: promocję i upowszechnianie
czytelnictwa i książki wśród nieczytających, wspieranie
wydawania wartościowej literatury i czasopism kulturalnych,
szkolenie księgarzy oraz regulacje prawne dotyczące rynku książki.
Istotnym
elementem będą działania zmieniające i wzmacniające rolę
biblioteki jako podstawowej przestrzeni kontaktu z książką. W
związku z tym planowana jest: modernizacja budynków bibliotek,
unowocześnianie ich serwisu, zakup nowości oraz szkolenia
bibliotekarzy."
Nadzieja
w serca miłośników książki została więc wlana, już teraz
wydaje się jednak, że 6 lat to za mało, by wskrzesić polskie
czytelnictwo. Nie wdając się w szczegóły, podam jedną liczbę -
60% Polaków w zeszłym roku nie przeczytało żadnej książki.
Wynik ten powinien być powodem do wstydu dla polskich decydentów.
Jednak Bogdan Zdrojewski, inicjator NPRCz, a jednocześnie minister
kultury (przypomnę: od 2007 roku) nie uważa sytuacji za
dramatyczną. Nawet na to, że nasi wcale nie bogatsi sąsiedzi
wyprzedzają nas niemiłosiernie w tej dziedzinie (Czechy - 80%
obywateli czyta, Rosja - 60%) jest w stanie znaleźć
usprawiedliwienie, i tak: Czechom nie spalono książek podczas II
wojny światowej, a do Rosji nie doszedł jeszcze Internet. Nie warto
nawet dyskutować z argumentami na takim poziomie, pokazują one
jednak dobrze stosunek pana ministra do czytelnictwa i bibliotek,
nazwijmy go umownie „nienamiętnym”. Nadzieję należy pokładać
więc raczej w dwóch osobach, które program będą wprowadzać w
życie, mam tu na myśli dyrektora Biblioteki Narodowej Tomasz
Makowskiego i dyrektora Instytutu Książki Grzegorza Gaudena. Oni
zdają sobie chyba lepiej sprawę z tego, jakie skutki dla życia
społecznego niesie tak niski poziom czytelnictwa…
1
miliard złotych dla bibliotek na pewno trochę poprawi sytuację,
jednak wydaję się, że w planach pominięto jeden bardzo istotny
element – szkołę. To tam (no bo niestety nie w domu rodzinnym,
statystyczny Polak ma bowiem „aż” 12 książek w swoim lokum)
powinno się kształtować nawyki czytelnicze. Szkoła musi więc
pomóc bibliotece w wychowywaniu nowego, bardziej kulturalnego
obywatela (i znowu statystyka: w naszym Wrocławiu korzystanie z dóbr
kultury utrzymuje się na stałym poziomie 7%. Mimo tego, że Wrocław
został Europejską Stolicą Kultury 2016!)
Podsumowując:
idzie prawdopodobnie ku lepszemu. Potrzeba jednak mocnego postawienia
kwestii i ustalenia na nowo listy priorytetów – remedium na
bolesne i przykre przejście od socjalizmu do konsumpcjonizmu jest
właśnie powszechna kultura (raczej wyższa niż niższa). Należy
ją jednak postawić w centrum zainteresowania i odpowiednio
dofinansować, uszczknąć z budżetu np. przeinwestowanej armii, by
dozbroić obywatela w kulturalne narzędzia rozwiązywania problemów
współczesności (czyli np. kryzysu, tego prawie że już
mantrycznego słowa). Im więcej troski o kulturę, tym lepiej
bibliotekom, tym więcej czytelników i tym więcej
na-pewno-nie-mniej-szczęśliwych-ludzi.
JOSEPH VON EICHENDORFF
Eichendorff to prawdopodobnie największa postać śląskiej literatury.
Urodził się w Łubowicach koło Raciborza, odbył studia w głębi Niemiec, następnie był urzędnikiem m.in. w Gdańsku (typowa kariera jak na tamte czasy), zmarł w Nysie.
W międzyczasie tworzył dużo wielkiej literatury, zarówno poezję, jak i prozę.
Większość życia mieszkałem w Żorach, też na Górnym Śląsku, 50 km od Łubowic. Gdybym nie był żądnym wiedzy miłośnikiem literatury, to NIGDY bym o nim nie usłyszał...
Sprawdziłem hasło o nim w wikipediach wszystkich dużych języków europejskich:
Er war ein bedeutender Lyriker und Schriftsteller der deutschen Romantik. Er zählt mit etwa 5000 Vertonungen zu den meistvertonten deutschsprachigen Lyrikern und ist auch als Prosadichter (Aus dem Leben eines Taugenichts) bis heute gegenwärtig.
Eichendorff is regarded as one of the most important German Romantics and his works have sustained high popularity in Germany from production to the present day.
importante del romanticismo alemán
etc.
Czyli absolutny klasyk!
Polsko, co jest z Tobą? Dlaczego skąpisz pieniędzy na edukację regionalną? Dlaczego wielcy twórcy muszą odejść w zapomnienie? Bo są Niemcami? Czy i polska kultura by nie skorzystała na tym, gdyby przyswoiła twórczość jednego z największych przedstawicieli europejskiego romantyzmu?
Są dziesiątki pisarzy ponadprzeciętnych, którzy pochodzą ze Śląska, a nie mogą zostać odkryci, bo mają "złe pochodzenie".
Urodził się w Łubowicach koło Raciborza, odbył studia w głębi Niemiec, następnie był urzędnikiem m.in. w Gdańsku (typowa kariera jak na tamte czasy), zmarł w Nysie.
W międzyczasie tworzył dużo wielkiej literatury, zarówno poezję, jak i prozę.
Większość życia mieszkałem w Żorach, też na Górnym Śląsku, 50 km od Łubowic. Gdybym nie był żądnym wiedzy miłośnikiem literatury, to NIGDY bym o nim nie usłyszał...
Sprawdziłem hasło o nim w wikipediach wszystkich dużych języków europejskich:
Er war ein bedeutender Lyriker und Schriftsteller der deutschen Romantik. Er zählt mit etwa 5000 Vertonungen zu den meistvertonten deutschsprachigen Lyrikern und ist auch als Prosadichter (Aus dem Leben eines Taugenichts) bis heute gegenwärtig.
Eichendorff is regarded as one of the most important German Romantics and his works have sustained high popularity in Germany from production to the present day.
importante del romanticismo alemán
etc.
Czyli absolutny klasyk!
Polsko, co jest z Tobą? Dlaczego skąpisz pieniędzy na edukację regionalną? Dlaczego wielcy twórcy muszą odejść w zapomnienie? Bo są Niemcami? Czy i polska kultura by nie skorzystała na tym, gdyby przyswoiła twórczość jednego z największych przedstawicieli europejskiego romantyzmu?
Są dziesiątki pisarzy ponadprzeciętnych, którzy pochodzą ze Śląska, a nie mogą zostać odkryci, bo mają "złe pochodzenie".
Subskrybuj:
Posty (Atom)







