niedziela, 26 kwietnia 2015

Angole czyli o polskiej inwazji




Ta książka to samo życie. Samo życie miliona Polaków, którzy dokonali największej "inwazji" na Wyspy Brytyjskie w ich historii, w takiej skali, że ta kwestia staje się poważnym problemem politycznym - raz po raz dochodzą do nas echa antypolskich wypowiedzi angielskich populistów. W tej książce nie ma jednak polityki sensu stricto, jest to raczej szeroko zakrojony portret dwóch nacji, rozpisany na kilkadziesiąt głosów
.
Ewa Winnicka czuje się w tematyce polsko-brytyjskiej jak ryba w wodzie, od kilkunastu publikuje swoje artykuły w najbardziej opiniotwórczych polskich czasopismach, opublikowała także dwie książki: "Nowy Jork zbuntowany" i "Londyńczyków", która to książka przyniosła jej spory rozgłos, opowiada w niej o losach Polaków, którzy między 1939 a 1947 trafili na Wyspy Brytyjskie.


W "Angolach" Winnicka staje z boku, wyszukuje rozmówców i ich wysłuchuje, swoją obecność ukazuje tylko we wstępie do każdego tekstu, w którym przedstawia swojego interlokutora. Dzięki temu dostajemy do rąk żywy reportaż, jakby wypisy z ksiąg życia polskiej emigracji początku XXI wieku. Książka jest dobrze zredagowana, dlatego wywody poszczególnych rozmówców nie są chaotyczne, a autorka tak ich dobrała, że otrzymujemy praktycznie cały przekrój społeczeństwa, od bezdomnych, poprzez ustatkowaną middle class, aż do lokalnych krezusów.

Taki dobór rozmówców gwarantuje brak monotonii, szerokie zobrazowanie brytyjskiej rzeczywistości i...kopalnię cytatów, z której wybiorę parę, po więcej odsyłam już bezpośrednio do książki.

Chyba najciekawszym tematem tej książki jest próba ukazania wyspiarskiej mentalności, rozmówcy starają się tego dokonać w stali makro i mikro, ta druga przynosi nam prawdziwe smaczki. Miki opowiada o swoim związku, swojego męża Nicka poznała w pracy, 4 lata rozmawiali o pogodzie, dopiero po tym czasie stał się "pozazawodowy" i zaprosił ją na koncert. Raz jeden widziała go rozemocjonowanego: “Byliśmy w Hiszpanii, na wakacjach, z moją córką. Siedzieliśmy przy obiedzie, w głębi knajpy wisiał włączony telewizor. No i kiedy Manchester City strzelił gola I wygrał Premier League, Nick podskoczył razem ze stołem. Zalał córkę zupą, siebie piwem, potłukł talerze, nadwerężył sobie kar. Potem już nic go tak nie rozpaliło”. (s.64)

Większość rozmówców Winnickiej emigrowała z jako taką znajomością angielskiego, co ciekawe, większy problem stanowi przejście od literalnego rozumienia angielszczyzny do połapania się w tym, co Anglik tak naprawdę chciał wyrazić, piękną egzemplifikacją tego zjawiska jest ten słowniczek:
„Jeśli Anglik mówi: >>Hmm, that’s interesting<<, my myślimy: >>Super – spodobał się mu nasz pomysł<<. A on myśli, że to kompletnie do bani.

(…)

>>We should grab a coffee sometime<< - >>Oczywiście, że się nigdy nie spotkamy<<.”( s.58)

Ciężko powiedzieć, czy w książce przeważają akcenty optymistyczne czy pesymistyczne. Mamy tu historie self-made men (i women), jednak w pamięć bardziej zapadają opowieści o ludziach, którzy za granicą wcale nie znaleźli szczęścia, tylko dodatkowe utrapienia i niekiedy śmierć.

Źle nastroić mogą relacje o współżyciu z rodakami, po przeczytaniu ich można zrozumieć, dlaczego niektóry wybierają drogę rozpłynięcia się w angielskiej tożsamości: „Jechałam z synkiem autobusem. Obok mnie usiadła chińska mama z dwójką bezzębnych. Wymieniłyśmy uwagi na temat ząbkowania. Wszedł bangladeski ojciec z maleństwem i przyłączył się do dyskusji. Potem somalijska rodzina z jedynaczką. Weszła jeszcze polska rodzina z jednym maluszkiem. >>Wszędzie, kurwa, kolorowi, kurwa<< - stwierdził w swoim ojczystym języku pater familias, głowa, rodziny, role model. Czy tego ma słuchać mój syn, gdy spotka rodaków?” (s.247)

Można się jednak przy tej książce też dużo pośmiać, jest ona wszak o ludziach, a ludzie z natury swojej są komiczni, a wytwory ich wyobraźni (które czasem ewoluują w stereotypy) potrafią być przekomiczne, jak ten z lokalnej prasy: "W naszej okolicy znikają te piękne białe ptaki. Mieszkańcy uważają, że zjadają je polscy imigranci. Czy to prawda, że łabędź z ziemniakami to polskie tradycyjne danie?" (s. 197)

Już prawie każdy z nas ma krewnego czy znajomego w Wielkiej Brytanii. Mój brat z rodziną wyjechał 2 lata temu. Już to byłoby argumentem za sięgnięciem po tę książkę, bo nie pojawiła się dotychczas pozycja, która omawiałaby tak szeroko, przystępnie i ciekawie temat polskiej emigracji na Wyspach Brytyjskich. Wielu z nas nosi się z zamiarem wyjazdem z kraju, również dla nich jest ta książka, może łatwiej będzie dzięki niej podjąć decyzję, spełniłaby wówczas rolę właściwą dla literatury, czyli katalizującą myśli. Na koniec najmocniejszy, najszerzej otwierający oczy cytat z tej książki, przesłanie pani, która zajmowała się w UK pomocą swoim rodakom:

„Czy mogę się zwrócić do Polaków? Jeśli w Polsce nie układa się z pracą i rodziną, w innym kraju ułoży się znacznie gorzej. Bardzo dziękuję”.(s.117)

Konstandinos Kawafis„Miasto”

„Nowych nie znajdziesz krain ani innego morza.
To miasto pójdzie za tobą.
(…)
Jakeś swoje życie roztrwonił
w tym ciasnym kącie, tak je w całym świecie roztrwoniłeś”. (tłum. Zygmunt Kubiak)


Za możliwość przeczytania książki dziękuję księgarni internetowej bonito.pl, zapraszam na jej stronę:



bonito.pl/?utm_source=blog&utm_medium=banner&utm_campaign=tylko_burak_nie_czyta







EWA WINNICKA
Angole
Wydawnictwo CZARNE, Warszawa, 2014

sobota, 11 kwietnia 2015

Maszynopis z Kawonu – poetycki bełkot młodego pisarza czy dzieło trafiające do serc najwrażliwszych?

Ciężko jest zdefiniować w kilku zdaniach "Maszynopis z Kawonu". Jest to zdecydowanie dzieło dość kontrowersyjne, które jedni uznają za plugawy bełkot, inny natomiast odnajdą w słowach Tomasza Kowalczyka drobinki swojej duszy rozsiane na każdej stronie, utulone przez długie i plastyczne opisy czy zawiłe metafory. W Internecie czytelnicy wystawiają różne opinie i recenzje, które nieraz doprowadziły do dosadnej wymiany zdań pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami młodego pisarza.
Warto więc zacząć od samego początku – kim jest Tomasz Kowalczyk i jak narodził się w nim pomysł na wydanie takiego dzieła?

Na okładce "Maszynopisu z Kawonu" możemy przeczytać kilka istotnych informacji o pisarzu – że jest poetą i wielbicielem sztuki, że dotychczas wydał tom wierszy ("Kontrasty") i poemat trzynastozgłoskowy ("Stworzenie świata"), oraz że w jego twórczości natkniemy się na archetypiczność, wielobiegunowość czy synestezję. Moim zdaniem nie są to jednak wystarczające informacje, ponieważ Tomasz Kowalczyk jest bardzo ciekawym człowiekiem o unikalnych poglądach, bardzo śmiałych i odważnych, czego odzwierciedlenie możemy zobaczyć w jego dziełach. W wywiadzie przeprowadzonym przez blog "Subiektywnie o książkach", Kowalczyk opowiada o sobie i o tym, jak powstał "Maszynopis" (cały tutaj: http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2015/04/gdybysmy-wzieli-100-wspoczesnych.html)

"Urodziłem się człowiekiem zupełnie odstającym od innych, człowiekiem, który czuje wszystkimi prazmysłami najdelikatniejszy gradient podmuchu motyla, wszelkie pulsujące zakłopotania słonecznych refleksów i to postanowiłem w mojej powieści opisać. Większość społeczeństwa stała się mechatronicznymi konstrukcjami, a ja pragnę pokazać i pokazuję piękno podrygu synaps oraz melodię serca, w której nie wiadomo do końca, co jest normalnością, a co szaleństwem… "

"Przed napisaniem „Maszynopisu z Kawonu” obyłem się prenatalnie z literaturą takich autorów, jak: Proust, Leśmian, Joyce, Fraenger, z obrazami: Boscha, Goi, Grunewalda oraz z dziesiątkami godzin muzyki: Ravela, Karłowicza, Moszkowskiego, Czajkowskiego czy Chopina. Przygotowanie do napisania tej powieści było długim procesem, którą ostatecznie napisałem w ponad rok, lecz był to czas codziennej walki i mierzenia się z przeciwnościami natury psychiatrycznej oraz życiowej. Pisanie książki pochłaniało wiele dni, nocy oraz sił, po to tylko, aby dać wrażliwym duszom nadzieję, iż delikatność nadal w naszym świecie może istnieć. "

Czytając ten wywiad z Tomaszem Kowalczykiem nasunęło mi się porównanie, że autor "Maszynopisu" jest jak kot – chadza własnymi ścieżkami, ma własne zdanie, a nawet nie obchodzi go to, czy jego dzieło spodoba się czytelnikom (rozumianym jako masa). Autor jest szczery od początku do końca, odkrywa przed nami siebie, swoje myśli, swoją intymność.

"Kiedy artysta obniża literackie loty, aby przypodobać się odbiorcom, wtedy następuje prostytucja artystyczna, która w naszych czasach wynika z pogoni za pieniędzmi. A ja jestem sobą i w moich książkach można spotkać tylko mnie prawdziwego."

Awiola pyta również Kowalczyka kto odnajdzie się w jego książce, czy jest to powieść dla wszystkich czy tylko dla wybrańców rozumiejących poezję, a on zgrabnie odpowiada, że jest to powieść dla ludzi wrażliwych, wyobcowanych, szukających piękna i stroniących od techniki. Ale uwaga – jest to również lektura dla odważnych – a tych wśród czytelników Tylko Burak Nie Czyta nie brakuje. Uważam, że mimo wszystko nie jest to książka dla wszystkich, choć dla chcącego nic trudnego. Żeby przeczytać w całości "Maszynopis z Kawonu" trzeba przede wszystkim lubić i znać poezję – to po pierwsze. Po drugie trzeba lubować się w długich opisach czy metaforach. Po trzecie nie znajdziemy tu grzecznych i uporządkowanych myśli autora, ale wręcz przeciwnie – poglądy buntownika, który głośno i odważnie wypowiada swoje zdanie, rzucając wyzwanie światu. Nie jest to zatem książka dla osób, które mają swoje własne przekonania i nie chcą ich poszerzać o nowe doświadczenia.
Tomasz Kowalczyk dostrzega absurd ludzkich istnień i nie boi się wypowiadać takich słów jak:

"To nie są w ogóle ludzie, ci wszyscy, co by się powyrzynali za pieniądze i seks"

czy

"Rodzimy się z przekonaniem wyższości człowieka nad resztą świata, niczym w jakimś meczu futbolowym – górowanie jednej drużyny na drugą, a nie ma nic bardziej mylnego. Jesteśmy pnączami nowo powstających narzędzi cielesnych, które cieszą się, w wieku dziecięcym na widok małego zwierzątka, dlatego że parę chwil wcześniej – w macicy matki – dochodziło do ścierania się "przekonań" całościowego stworzenia świata. Otaczamy się zwierzętami, bo stanowią one nasze planetarium życia, i, wreszcie je nienawidzimy, wtedy gdy nienawidzimy pojedynczych, samozapładniający się komórek, przekazujących jaźń z sekundy na sekundę w odległe połacie naszej zwierzęcej przyszłości"

Ja choć poezję lubię i czytam miałam problem z przystosowaniem się do specyficznego języka, który pojawia się w "Maszynopisie", wiele razy natknęłam się na słownictwo trudne, dotąd mi nieznane, przez co musiałam sięgać do słownika, co było bardzo problematyczne, bo nie zawsze słownik czy dostęp do Internetu miałam "pod ręką". Kowalczyk wprowadza do swojej książki nowe słowa, tak jak malarz nakłada na obraz nowe barwy. Im trudniejsze i wymyślniejsze słowa, tym piękniejsze i bardziej barwne kolory pojawiają się na płótnie naszej wyobraźni. I tym bardziej przeciętny czytelnik cierpi i męczy się. Aby zrozumieć i uporządkować w swojej głowie myśli autora, trzeba nieraz się zatrzymać, zastanowić, przeanalizować fragment, zinterpretować go, a dopiero później przejść na następną stronę.
Zapewne znajdą się takie osoby, które przeczytają połowę i nie zrozumieją kompletnie nic. Ja również po kilku rozdziałach miałam takie wrażenie. Powiedziałam sobie, że będę czytać po dwa rozdziały na dzień, aby cokolwiek z lektury wyciągnąć. Dotrwałam do końca i oto jestem, staram się skleić kilka sensownych zdań o tej zdecydowanie niełatwej pozycji.
Im dalej się posuwałam w czytaniu, tym bardziej mogłam dostrzec zarys jakieś całości, myśli autora i jego celu (ale tylko odrobinę). W końcu rzeczywiście zobaczyłam, że książka traktuje o poszukiwaniu własnego siebie, czy o przekraczaniu granic. Główny bohater to mężczyzna, który mieszka z matką, ale zarówno buntuje się przeciw rodzinie, trwając w związku z Tosią. Wprowadzając do swojej książki Tosię, autor pokazuje nam bardzo erotyczne opisy i aktów seksualnych, nasycone wieloma przymiotnikami i dokładnych opisem sytuacji. Tosia nie jest jednak bohaterką nijaką, choć jest nieco w cieniu głównego bohatera, razem z nim buntuje się przeciw światu, co czyni ją bardzo ważną postacią (postaci ważnych czy wybitnych w książce jest zresztą niewiele).
Ponadto w  powieści Kowalczyka nie wiemy dokładnie co jest faktem, a co nie. Obrazy i zdarzenia przenikają się nawzajem, doszukamy się tam oniryczności czy absurdu.
Jak z każdej książki – choćby i najgorszej – zawsze się czegoś nowego dowiemy, nauczymy się. Jak już wspomniałam wcześniej, książka jest skarbnicą pięknych opisów stworzonych przy użyciu wymyślnych słów (do złudzenia przypominało mi to twórczość Schluza, który dla mnie też jest niesamowicie ciężkim autorem).
Ja zdecydowanie wolę by poezja była poezją w całej swojej poetyckiej formie. Wolę czytać wiersze z przyjemnością niż w katuszach odkrywać co autor ma na myśli, a przecież nawet i tego nie mogę być pewna. Czytając "Maszynopis" dosłownie zwariowałam. Są jednak takie książki, które na czytelnika muszą poczekać – być może wrócę do niej za kilka miesięcy, lat i wtedy czytając swoją recenzję będę się śmiać z własnej głupoty. Być może  :)

Czy warto więc czytać autora, który uważa że literatura skończyła się na Łysiaku, Wergiliuszu, Dantem, Szekspirze, Witkacym czy Lechoniu? Nikogo ani nie zniechęcam, ani nie zachęcam – sprawdźcie sami, bo to przecież najlepszy sposób na odnajdowanie pięknych, wyjątkowych, a często ukrytych ścieżek literatury.

A jeżeli zainteresowała Was postać Tomasza Kowalczyka warto odwiedzić jego stronę: http://tomaszkowalczyk.com/



Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi :)
Kasia







sobota, 21 marca 2015

Hermann Hesse - Małe radości



Hermann Hesse - Małe radości


Przecenianie wartości minuty, pośpiech, jako najważniejsze przyczyny kształtowania naszego życia, są bez wątpienia najgroźniejszymi wrogami naszych radości. (...)

Ten pośpiech naszego dzisiejszego życia wpływa na nas negatywnie już od wczesnego dzieciństwa, wydaje się się to smutne, ale konieczne. Niestety zagarnął on  także nasze krótkie momenty wolnego czasu; nasza umiejętność rozkoszowania się tymi chwilami zmalała, nawet wtedy, gdy wypoczywamy, jesteśmy zdenerwowani i wyczerpani. “Jak najwięcej i jak najszybciej” jest naszym sloganem, czego skutkiem jest to, że odczuwamy coraz mniej przyjemności i radości. (…)

Tak samo jak inni nie znam uniwersalnego przepisu na przezwyciężenie tego złego stanu rzeczy. Chciałbym jednak przypomnieć starą, niestety całkiem niemodną metodę, którą możemy prywatnie zastosować: wyważona przyjemność jest podwójną przyjemnością. I nie przeoczcie także małych radości! (…)

Z przyzwyczajeniem do umiarkowania wewnętrznie powiązana jest umiejętność czerpania przyjemności z „małych radości”. Ta umiejętność jest wszystkim ludziom pierwotnie przyrodzona, objawia się ona w pewnej dozie pogodności, miłości i poezji. Te małe radości, podarowane zwłaszcza ubogim, są tak niepozorne i występują w takiej ilości, że przytępione zmysły ludzi pracy nie są w stanie ich już odczuwać. One nie wpadają w oko, nie są reklamowane, nic nie kosztują! (dziwnym sposobem także ubodzy nie wiedzą, że najpiękniejszymi radościami są te, które nic nie kosztują,) Wśród tych przyjemności na pierwszym miejscu stoją te, które otwierają nas na codzienny kontakt z naturą. Przede wszystkim nasze oczy, których nadużywamy, przeciążone oczy nowoczesnego człowieka, są, o ile tego zechcemy, środkiem do niewyczerpanych przyjemności.

Gdy rano podążam do pracy, pędzą wokół mnie całe rzesze pracowników, którzy ledwo co wyczołgali się z łóżek. Większość z nich idzie szybko i kieruje swój wzrok na chodnik lub na twarze i ubrania nadchodzących z naprzeciwka. Głowa do góry, kochani przyjaciele! Spróbujcie tego kiedyś – drzewo albo przynajmniej kawałek nieba można wszędzie zobaczyć. To niekoniecznie musi być od razu jasne niebo, w jakiś sposób da się zawsze odczuć promyk słońca. Przyzwyczajcie się do tego, by każdego ranka rzucić wzrokiem na niebo i nagle poczujecie wokół siebie powietrze, tchnienie porannej świeżości, na którą możecie sobie pozwolić między snem na pracą. Dostrzeżecie, że każdy dzień i każdy szczyt dachu ma swój własny wygląd, ma swoją własną iluminację. Zwróćcie na to uwagę, a będziecie mieli na cały dzień satysfakcję i odrobinę współżycia z naturą. Stopniowo i bez wysiłku wasze oczy staną się pośrednikami w przeżywaniu wielu małych podniet, w przeżywaniu natury, w spostrzeganiu komiczności naszego małego życia. Stąd do spojrzenia na świat artysty jest już krótka droga, najważniejszy jest początek, otworzenie oczu.

Kawałek nieba, mur ogrodu obwieszony zielonymi gałęziami, pilnie pracujący koń, piękny pies, grupa dzieci, urodziwa twarz kobiety – nie dajmy sobie tego zrabować! Kto zaczął inaczej patrzeć na świat, dojrzy na środku ulicy skarby, nie tracąc przy tym ani minuty. Takie patrzenie w żadnym wypadku nie męczy, wręcz przeciwnie, wzmacnia  i odświeża, nie tylko oko. Wszystkie rzeczy mają swoją jasną stronę, także te nieciekawe i brzydkie, wystarczy tylko chcieć je widzieć.

Naprzeciwko domu, w którym przez długi czas pracowałem, leżała szkoła żeńska. Klasa dziesięcioletnich dziewczyn miała po tej stronie swoje boisko. Starałem się pilnie pracować i cierpiałem z powodu hałasu bawiących się dzieci, ale o ile więcej radości i chęci życia przysparzało mi każde spojrzenie na to boisko, jest nie do opisania. Te kolorowa ubrania, te pełne życia, wesołe oczy, te energiczne ruchy zwiększały moją radość życia. Szkoła jazdy konnej czy podwórko dla kur prawdopodobnie równie dobrze by  mi służyły. Kto raz spostrzegł grę świateł na jednokolorowej powierzchni, np. na domowej ścianie, ten wie, ile przyjemności może nam sprawić narząd wzroku.

Zadowólmy się tymi przykładami. Niektórym czytelnikom z pewnością wpadły już do głowy inne małe radości, takie jak wąchanie jakiegoś szczególnie pięknego kwiatka lub owocu, słuchanie własnego lub obcego głosu, podsłuchiwanie rozmów dzieci. Także nucenie lub wygwizdywanie jakiejś melodii należą do tego, tak jak tysiące innych drobiazgów, z których w swoim życiu można upleść jasny łańcuch małych przyjemności.

Każdego dnia przeżyć tak wiele małych radości, jak to tylko możliwe, a większe, bardziej męczące przyjemności rozdzielić sobie na dni wolne i na dobre godziny. To jest to, co chciałbym doradzić każdemu, kto cierpi na brak czasu i zniechęcenie. Te małe radości są nam dane przede wszystkim dla odpoczynku, dla codziennego wybawienia i odciążenia.

Tłumaczenie z pobudek ideowych a nie merkantylnych popełnił Marcin Musiał (tylkoburaknieczyta.pl)
Tekst z książki  Hermann Hesse "Das Leben bestehen" , Frankfurt am Main, 2002. S.9-13

niedziela, 15 marca 2015

Wegańska skarbnica pomysłów




Nie jestem weganinem, nie znaczy to jednak, że nie jestem ciekawy, jak inni ludzie żyją i, co przecież jest jedną z kluczowych ludzkich czynności, jak jedzą. Jem mięso i produkty odzwierzęce, jednak od pewnego czasu szukam nie mięsnych innowacji, najprawdopodobniej ze względu na to, że w swoim życiu, a znacząca jego część przebiegała w „tradycyjnej śląskiej rodzinie” (rolady, rolady, rolady! :D), zjadłem już całe stada kur, świnek i krówek, w skrócie: przejadło mi się mięso i jego jedzenie wiąże się dla mnie z niejakim przymusem, w każdym razie z brakiem przyjemności.

Gdy chciałem dowiedzieć się czegoś o kuchni wegetariańskiej czy wegańskiej, to trafiałem na całe morze publikacji, zarówno papierowych, jak i internetowych. Jak nie utonąć, a trafić na coś wartościowego, gdy cała Polska gotuje, ogląda programy o gotowaniu, z równą pasją, jak kiedyś tańczyła i oglądała programy o tańcu.

Rzadko zaglądam na listy bestsellerów, świadomy jestem bowiem, że pozycje, które tam znajdę, raczej nie trafią w moje gusta. Wśród najlepiej sprzedających się książek w księgarni internetowej bonito.pl, oczywiście za potworkiem pt. „Zniszcz ten dziennik, odnalazłem książkę kucharską o ciekawym tytule "Jadłonomia".

Co stoi za sukcesem tej książki? Pasja! Pasja, dzięki której autorka, Marta Dymek, założyła bloga o zdrowym, roślinnym odżywianiu, który jest dzisiaj najpopularniejszą stroną tego typu w sieci i przy tym punktem odniesienia dla wszystkich tych, którzy szukają kulinarnych inspiracji w Internecie.
Teraz, po kilku latach funkcjonowania bloga, dostajemy do rąk wspaniałe wydawnictwo! Dużego formatu, wydane na dobrej jakości papierze, okraszone dziesiątkami pięknych zdjęć. Estetyka na najwyższym poziomie, treść również.

Książkę zaczyna wstęp autorki, w którym opisuje swoją historię życia weganki. Nie było łatwo, jak zresztą każdemu w Polsce, kto wyłamuje się z normy. Dalej mamy zestaw porad dla początkujących, dowiemy się, w co powinniśmy wyposażyć  naszą kuchnię, by móc w pełni wykorzystywać przepisy zamieszczone w książce. Bez obaw jednak! Nie musicie sprawdzać swojej zdolności kredytowej! Wystarczy jedna wizyta w sklepie AGD (poza utensyliami, które już pewnie macie w swojej kuchni, przyda się jeszcze blender) i zaopatrzenie się w podstawowe wegańskie produkty spożywcze, by móc zacząć swoją przygodę z recepturami Marty Dymek.

Co do samych przepisów... jest ich od groma! Podzielone zostały na działy, do każdego rodzaju warzyw znajdziemy po kilka, kilkanaście przepisów. Inspiracji jest zatem na wiele miesięcy gotowania!

„Jadłonomia” to książka kucharska, którą polecam z czystym sumieniem tym wszystkim, którzy poszukają nowego tchnienia swojej kuchni. Możecie gotować zdrowo i pysznie, korzystając przy tym ze składników, które dostępne są w każdym warzywniaku. Do garów zatem!

A tak ugotowałem ja (przepis zmodyfikowany przeze mnie, wegetariański, a nie wegański koniec końców):  


Makaron niegrzecznej dziewczyny 

Składniki:
-makaron (ja wybrałem taki z pełnego ziarna i był super)
-papryka marynowana (od sąsiadki moich rodziców, ma staruszka talent :))
-chili w formie płatków i proszku (lepiej kupić całe papryczki!)
-oliwki zielone
-oliwki czarne
-pomidory z puszki
-kapary
-czosnek
-pieprz czarny
-pietruszka (najlepiej świeża!)
-opcjonalnie ser do posypania













1. Oba typy oliwek pokroić w paski, paprykę i czosnek posiekać. Na patelni rozgrzać oliwę. Czosnek i chili dusić przez minutę.





 












2. Dodać oliwki i kapary, dusić przez 3 minuty. Następnie dodać pomidory, sól i pieprz i dusić na małym ogniu przez 15 minut. 





















3. Zagotować wodę na makaron, gotować go według porady na opakowaniu, ale najlepiej al dente. Po ugotowaniu wrzucić do sosu, dokładnie wymieszać, dodać obficie pieprzu i pietruszki. Ja dodałem także sera.







Całość była pyszna, ale bardzo ostra. Mi smakowało, moim koleżankom w pracy też (albo były kurtuazyjne :D), danie pewnie wkrótce ponownie wykonam :)



ZA TĘ NIEZWYKŁĄ KSIĄŻKĘ UPRZEJMIE DZIĘKUJĘ KSIĘGARNI INTERNETOWEJ BONITO.PL:
bonito.pl/?utm_source=blog&utm_medium=banner&utm_campaign=tylko_burak_nie_czyta