wtorek, 10 lutego 2015

Matka Makryna - najsłynniejsza polska oszustka

TYLKO BURAK NIE CZYTA NA FACEBOOK

Odpowiadając na podstawowe pytanie, o czym jest jego nowa powieść, Jacek Dehnel mówi zwięźle:

"To opowieść o tym, jak dajemy się wodzić za nos, zwłaszcza gdy w grę wchodzi zbitka pojęciowa 'Polak-katolik'."


"Matka Makryna" została wydana zaledwie kilka miesięcy temu. Autor pracował nad książką aż pięć lat, mamy zatem do czynienia z ogromem poświęconego czasu, pracy, a także niesamowitym świadectwem.
Otwierając książkę od razu rzuca się w oczy specyficzny język i sposób prowadzenia narracji. Autor stylizuje język bohaterki na XIX- wieczną polszczyznę, wspomagając się przy tym słownikiem polszczyzny wileńskiej oraz spisanym świadectwem Makryny, sporządzonym przez ks. Jełowieckiego, nazywanego przez Makrynę "ojczulkiem". Czytając, poznajemy tak piękne zapomniane wyrazy jak "sznirpić", czyli pociągać nosem, czy "czmut w oczy puskać", co znaczy kłamać. Oddanie charakteru i języka bohaterki musiało być dla pisarza nie lada wyzwaniem. Jak wiadomo, Makryna, a właściwie Irina Wińczówna, była kobietą bardzo prostą, ledwo piśmienną.
Przybyła do Poznania w 1845 roku, podając się za przeoryszę klasztoru bazylianek w Mińsku, torturowaną, katowaną i męczoną przez Rosjan za wiarę wiarę katolicką, w końcu zesłaną na katorgę. Makrynie rzekomo udało się uciec, kiedy jej oprawcy po raz kolejny byli pijani. Przybywając do Poznania kobieta daje świadectwo swojego męczeństwa i poświęcenia. Staje się "świętą za życia". Zafascynowani postacią Makryny byli wszyscy czterej wieszczowie: Norwid, Słowacki, Krasiński, aż w końcu Mickiewicz. Sam Mickiewicz kilkakrotnie odwiedził Matkę Makrynę, spędzając z nią długie godziny na rozmowie. Kobieta próbowała go przekonać aby zerwał z Towiańskim i odszedł od towianizmu. Choć Mickiewicz był nią oczarowany, nie do końca się jej to udało. Namówiła go jednak do wyspowiadania się jednemu z największych przeciwników towianizmu – ojczulkowi Jełowickiemu.

"W Matce Makrynie widzę usymbolizowaną Polskę"
– Adam Mickiewicz

"Gdybyś raz usłyszał jęki matki Polki, tobyś sen stracił. Masz w Makrynie żywą skargę narodu. Na jej twarzy są wyryte cierpienia Ojczyzny" – Adam Mickiewicz

Matka Makryna nie tylko przepowiadała przyszłość, miała objawienia, ale dokonywała także uzdrowień - francuski misjonarz ks. Blanpin odzyskał mowę po wspólnej modlitwie z nią. Pisały o niej wszystkie gazety, ludzie zbierali się, by tylko ją zobaczyć, w Rzymie bez problemu dostała audiencję u papieża, który sam był pod ogromnym wpływem jej świątobliwego wizerunku. Makryna stała się ucieleśnieniem cierpień Polaków za wiarę, dawała świadectwo niesłychanego okrucieństwa Rosjan.

A w rzeczywistości była oszustką.

Dehnel powoli odsłania nam prawdę o postaci. Kłamstwa Makryny o cierpieniach w zakonie, torturach rosyjskich, śmierciach poszczególnych sióstr opisane są w osobnych rozdziałach, natomiast jej prawdziwe życie zarówno to, zanim została "świętą" i to tuż po osiągniętym sukcesie, wplatają się pomiędzy nie. Można sobie zadać pytanie, dlaczego przez tyle lat udało jej się wszystkich oszukiwać, wodzić za nos. Oczywiście, Rosjanie od razu apelowali, że historia kobiety jest wierutnym kłamstwem, ale z oczywistych powodów im nie uwierzono. Protokół z obdukcji lekarskiej zachował się aż do dziś, co potwierdza, że kobieta była przez wiele lat katowana. Jak sama bohaterka powieści podkreśla – nikt nie byłby w stanie kłamać tak prawdziwie o krzywdach i cierpieniach, których doznał, jak ona, która ich doświadczyła. To właśnie dlatego udało jej się odnieść sukces. Makryna wiele razy zmienia swoją tożsamość – z żydowskiej Jutki staje się Julką, wychodząc za rosyjskiego sztabskapitana Wińcza staje się Iriną Wińczówną, w końcu jako wdowa przywdziewa skórę Makryny Mieczysławskiej. A więc z prostej kobiety staje się wileńską arystokratką, potomkinią rodu królewskiego.
Czytając dzieło Dehnela ogarnia mnie zachwyt nad tak wspaniałą postacią, a zarazem oszustką. Matka Makryna prowadziła swoje kłamstwo dokładnie, nie pozwalając sobie na pomyłki. Była niezwykle inteligentna i zarazem kreatywna. Z pięknej dziewczyny przeobraża się w starą kobietę, której odnawiają się wciąż stare blizny – pamiątki po mężu. Głupia Julka – jak wielokrotnie siebie nazywa – przez całe swoje życie była nie tylko katowana przez pijanego Wińcza, ale i gwałcona przez wielu jego kolegów, poniewierana i bita przez siostry zakonne, aż w końcu udało jej się dożyć starości z należytym szacunkiem. Jest to ogromny dramat młodej dziewczyny, która rozczarowuje się swoją pierwszą miłością. Nie potrafiła znieść życia z mężem, ale i bez niego była niczym. Stara kobieta, która nie mogła urodzić dzieci, traktowana była przedmiotowo, jako kolejna gęba do wyżywienia, do tego dochodzi fakt, że była ona prawdopodobnie żydówką, a więc przechrztą. Głupiej Julce pozostało więc stworzenie sobie nowego życia, co robi, o dziwo, z ogromną wiarą i w słusznej intencji – myślę, że nawet z Bożą pomocą.

"Szybko spoturałam, mimo, że głowa tępa, do jakiej mi trzeba tańczyć melodii, kto tu gra na skrzypkach, kto na basetli, kto na puzonie i jak muszę do nich krok dostroić. Głupi mówi w swoim sercu: Boga nie ma. A jak nie ma, skoro mnie ulepił, a ze mną- i opowieść moją, którą mi do ucha naszeptał? Skąd ja tam miałam wiedzieć, w Wilnie dalekim, w Lubczu, w Kobylniku, w Miadziołach, brnąca przez ślapać w mężowskim szynelu i baszmakach dziurawych, że tu na mnie czekają, że nikogo tak nie wyglądają jak starej bazylijanki bliznowatej, którą Moskale obili i której każda blizna na wagę złota? Że do ich werku pasuję jak zgubione kółeczko, które zegarmistrzowi wypadło z mechanizmu i gdzieś daleko, pod kantorkiem, w śmiecince leży? Niczego tak im nie było trzeba jak męczęnnicy: raz, że Polka, dwa, że męczona, trzy, że kobita, cztery, że w zakonnej sukni, katolickiej, nawet jeśli i unickiej przy tym...a może raz, że w sukni zakonnej, dwa, że męczona, trzy, że Polka? Wszystko naraz, pospołu, broń idealna, bicz na Moskala z samego cierpienia i świętości ukręcony! "

"Zerkałam ważnie na tych, którzy mnie słuchali: komu się przy czym oko zapala, przy czym jęzor wystawiają i oblizują wargi, przy czym im na poliki rumieniec występuje. Jeżeli przy opowiadaniu o tym, jak Moskale wszystkie ruble na nasze utrzymanie do własnych wsuwali kieszeni- to już wiadomo było, że z pazernym rozmawiam, i dodawałam, że ze skarbca klasztornego wyrabowali dwakroć po sto tysięcy złotych mojego posagu w drogocennych szatach i kielichach, i monstrancjach, a potym kamienie wydzierali z sukienek kameryzowanych na świętych obrazach. Jeżeli oko błysnęło, kiedy razy spadały na bieleńkie plecy młodych siostrzyczek, to potym więcej było o plugawieniu nas przez żołdaków, specjalnie dla tej duszyczki rozpustnej. Jeżeli żarłoka trafiłam, to o głodzie najochotniej gadałam, o tym, jak nam ślinka płynęła na widok mięsiw wnoszonych w postny dzień na stoły archireja. Każdemu dawałam tego, czego pragnął najgoręcej, o czym wstydził się czasem słuchać, ale z rozkoszą przyjmował, usprawiedliwiony, że to o męczeństwie opowieść, czysta, przeczysta. "

 
"Matka Makryna" to nie tylko opowieść o genialnej oszustce, ale i o przemocy, wykluczeniu społecznym i polskiej świadomości narodowej. Choć sam Dehnel twierdzi, że historia Matki Makryny nas zmanipulowała, ja uważam, że taka osoba była Polsce potrzebna. Makryna nie pojawiła się przypadkowo.
Pozostaje jedynie pogratulować autorowi kolejnej wyśmienitej książki, która choć wydawała się oporną lekturą doświadczyła mi wielu wrażeń i całkowicie zatopiła mnie w swojej opowieści. Dehnel pomimo młodego wieku szokuje swoim kunsztem pisarskim i doskonałą znajomością języka. Oby więcej takich książek zdobiło naszą polską literaturę.

"Dramat to cały – Makryna, Adam i Jełowicki. Błogosławiona a prosta, tytan szturmujący do sztucznych cudów i prozaiczny, mierny, próżny człowieczek. Tragedię bym mógł z tych 3-ch osób napisać." - Zygmunt Krasiński.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję księgarni BONITO


[Kasia]

bonito.pl



sobota, 7 lutego 2015

Zamek Kostka - czyli czesko-amerykański świat z ogromną dozą humoru

TYLKO BURAK NIE CZYTA NA FACEBOOK

"Ostatnia Arystokratka", czyli kolejna książka Evžena Bočka, uważana jest za najśmieszniejszą książkę roku w Czechach.
W swoim rodzimym kraju, autor osiągnął ogromny sukces, ale czy nie za bardzo ryzykowne jest stwierdzenie, że nam – z pozoru ponurym i wiecznie narzekającym Polakom, także spodoba się dzieło Czecha?


Narratorką powieści jest jedna z głównych bohaterek - osiemnastoletnia Maria, córka czeskiego arystokraty, który dopiero co dostał w swoje ręce zamek, który od pokoleń należał do jego rodziny.
No, może nie do końca od pokoleń.

"Dwa miesiące po ukończeniu budowy Kostkę zdobyli rycerze zakonu krzyżackiego. Potem Kostkę zdobył praktycznie każdy, kto akurat koło niej przechodził.
(...) Pięć razy kostkę traciliśmy i pięć razy dostawaliśmy ją z powrotem. "


Czesko-amerykańskich arystokratów poznajemy w momencie kiedy pakują walizki, aby przeprowadzić się na stałe z Ameryki do Czech. Już na samym początku powieści spotykamy się z poczuciem humoru autora. Rodzina zastanawia się bowiem, jak przewieść skremowane ciała swoich przodków do Czech, aby uniknąć dodatkowych opłat. Po wcale nie długim namyśle, postanawiają przesypać zawartość urn do woreczków po słonych orzeszkach. W tym celu na okrągło wcinają orzeszki, po czym myją i suszą woreczki. Następnym problemem, który staje im na drodze, okazuje się kot. Jak przewieźć kota, aby uniknąć dodatkowych opłat? Otóż wystarczy nafaszerować go środkami usypiającymi, włożyć do torby i przykryć starą futrzaną czapką. Sprawa jednak nieco się komplikuje, kiedy Caryca (kot) załatwia swoją potrzebę w torbie, przez co nie tylko torba czy stara czapka, ale i cała rodzina cuchnie.
W końcu jednak udaje się im dotrzeć do zamku. Tam czeka na nich służba – kasztelan Józef, kucharka Pani Cicha, oraz ogrodnik – Pan Spock. Załoga, choć na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem zwyczajną, wcale się takową nie okazuje. Józef jest niespotykanym gburem, Pan Spock hipochondrykiem, który cierpiał, cierpi, a już z pewnością będzie cierpiał na wszystkie możliwe choroby (włączając w to miłość) i na ten temat komponuje piosenki, natomiast Pani Cicha od czasu do czasu lubi sobie "golnąć", czyli zdarza się jej przedobrzyć z alkoholem.
Sama rodzina Kostków nie jest wcale mniej barwnie przedstawiona. Matka Marii  – Vivien – jest miłośniczką księżny Diany, przez cały czas czyta jej biografie, nie robiąc prawie nic innego. Kiedy okazuje się, że dziedziczy zamek, stara się zachowywać jak prawdziwa hrabina, upodabniając się do angielskiej księżnej. Jej czeszczyzna jest na bardzo niskim poziomie, przez co często przekręca znaczenie słów.
Frank, czyli ojciec Marii, powoli zaczyna wpadać w obsesję związaną z pieniędzmi. Wciąż liczy to co ma, oraz czyta stare archiwa, szukając winnych roztrwonionego majątku.

"Mój ojciec też w nocy nie spał. Grzebał w archiwum, żeby zrozumieć, dlaczego nie jesteśmy miliarderami jak książę Schwarzenberg. Opracował czarną listę przodków, którzy według niego ponoszą największą odpowiedzialność za nasze ubóstwo. "


Nawet na pytanie kim chciałby być odpowiada, że księciem Schwarzenbergiem, co wskazuje nam, jak bardzo jest zdołowany swoją sytuacja finansową, co łączy się z rywalizacją z innymi pobliskimi zamkami.

Uwaga! Frank często używa wulgaryzmów.

Maria, czyli główna bohaterka, jest trzecią Marią w historii rodu. Imię Maria przynosiło nieszczęście, a każda z imienniczek głównej bohaterki zmarła mając zaledwie dwadzieścia lat. Czy Maria III Kostka będzie następna?

"Nazywam się Maria Kostka z Kostki. Jestem trzecią Marią w historii rodu.
Marię I pochowano w 1450 roku w rodzinnym grobowcu, nie sprawdzając czy jest wtsraczająco martwa. Kiedy parę lat później otworzono grobowiec siedziała na schodach. Od tego czasu nasze zwłoki chowane są w zamkniętych trumnach.
Zamknięta jest również trumna Marii II, która przy jednej z prób wyprodukowania kamienia filozoficznego najwyraźniej wynalazła dynamit. W trumnie zamknięto tylko część garderoby i perukę, ponieważ ciało zniknęło wraz z wieżą, w której mieściło się jej laboratorium.
Obie są naszymi straszydłami. Ani jedna nie dożyła dwudziestu lat"

Cała akcja powieści skupia się na bardziej lub mniej udanych próbach zarobienia pieniędzy na Kostce. Rodzina nie ma bowiem grosza przy duszy, a utrzymanie ogromnego zabytku swoje kosztuje.
Zamek owiany jest swoistą historią, znajduje się tam bowiem pokój Wielkiego Świntucha, czyli erotomana, który (nie)stety był jednym z członków rodziny (Wielki Świntuch prowadził dziennik, w którym zamieszczał dokładne rysunki wyposażenie swojego pokoju, opisując do jakich fantazji seksualnych służyły mu dane sprzęty), pokój pełen wypchanych zwierząt, czy apartament Himmlera, rozgrywający nazistowski hymn (Niemcy też przez pewien czas byli w posiadaniu zamku).
Zatrudniona przez rodzinę Kostków Milada stara się pomóc im w obliczu kryzysu materialnego, twierdząc, że Kostka to żyła złota i że pomoże właścicielom zarobić na zamku fortunę. W tym celu organizuje dla zwiedzających atrakcje takie jak świniobicie, Święta Bożego Narodzenia czy możliwość konnej przejażdżki z wybranym członkiem arystokracji. Zatrudnia dziennikarzy, którzy robią rodzinie zdjęcia podczas wielkiego sprzątania czy fotografów, którzy mają przygotować zdjęcia na nowe pocztówki.
Warstwę komiczną do powieści wprowadza też nietuzinkowa Deniska, czyli córka prawnika Kostków, czy dwa nieposłuszne psy – Olek i Leoś.

Pierwsza część opowieści losów nieprzeciętnej rodziny obfituje w wiele scen, przez które nawet najbardziej ponury człowiek na świecie skusiłby się na śmiech. Ja śmiałam się nieustannie. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak zabawnym człowiekiem musi być autor, skoro stworzył coś takiego.  Doskonale wcielił się w rolę osiemnastoletniej Marii, skrupulatnie przedstawiając jej dziennik, ukazując nam wyjątkowe i niespotykane portrety bohaterów.
Książka jest też świetnie przełożona - język bohaterów jest ludyczny, dosadny, ale realny, idealnie oddaje charakter bohaterów czy pomyłki językowe Vivien.
Nie pozostaje nic, jak tylko czekać na kolejną część tej wspaniale czeskiej opowieści. Czekać, ze zniecierpliwieniem!

[Kasia]


Za możliwość przeczytania tej świetnej książki dziękuję wydawnictwu STARA SZKOŁA

http://stara-szkola.com/
https://www.facebook.com/pages/Stara-Szko%C5%82a/384718538358071?fref=ts












sobota, 17 stycznia 2015

Mistrzowska symfonia na 800 stron

TYLKO BURAK NIE CZYTA NA FACEBOOK
"Wyznaję" to nie tylko powieść okrzyknięta mianem bestsellera, ale również książka, którą czyta niemal cała Europa – jak możemy przeczytać na okładce – obdarzona mianem arcydzieła.
Trudno się dziwić, że powieść posiada niemalże 800 stron, skoro składają się na nią setki lat i kilka pokoleń ludzi. W powieści przeplata się też mnóstwo różnych wątków – miłość, zło, skrzypce, muzyka, rodzina i języki. Ponadto autor odchodzi od wszelakich narzuconych form, sprawiając, że książkę czyta się jak świadectwo, bo poniekąd świadectwem jest. 

 W "Wyznaję" znajdziemy bogactwo języka, czy ciekawe formy. Mi najbardziej przypadło do gustu zapisanie procesu układania w domu książek, jak opisu stworzenia świata:"I powiedział książkom bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście uczyniły sobie dom poddanym."

Cała powieść skonstruowana jest też jak symfonia – czesto doznajemy zmiany tempa powieści, wątków, historii, co początkowo czytelnika może przerażać. Czytając fragment o głównym bohaterze, nagle przenosimy się o sto lat wcześniej, o ile nie o więcej. Podróżujemy w czasie, mając okazję znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie. Trafiamy do Rzymu z okresu pierwszej wojny światowej, Katalonii z okresu inkwizycji, czy do obozu Birkenau, gdzie ludzie są poddawani okropnym eksperymentom medycznym, gdzie krematoria są ulepszane, by mogły spalić większą ilość ciał. Książka jednak niemożliwe wciąga czytelnika pomiędzy swoje karty, zatapiając go w opowiadanej historii.
 

Głównym narratorem powieści jest Adrian – złote dziecko, które wychowuje się w surowej rodzinie, w której brakuje miłości. Od samego początku jest przeznaczony do robienia czegoś wielkiego – ojciec pragnie, by został wybitnym humanistą, poliglotą, uczonym, natomiast matka chce, by syn całe swoje życie poświęcił grze na skrzypcach. Adrian dorasta w gabinecie swojego ojca wśród przedmiotów, które mają swoje własne życie – są to oryginalne rękopisy średniowiecznych tekstów, japońskie antyki, przedmioty badań naukowych czy w końcu skrzypce. Skrzypce nie są zwykłym przedmiotem, jak zresztą podkreślane jest wielokrotnie w powieści. Jeżeli jakiś przedmiot bowiem posiada swoje imię, oznacza to, że żyje. A skrzypce, które należały do rodziny
Ardèvol swoje imię posiadają i noszą je, wydaje się z dumą - Vial, czyli pierwsze skrzypce Storioniego. Vial, czyli nazwisko zabójcy. Przenoszony z rąk do rąk, znaczony krwią wielu, którzy usilnie pragnęli go zatrzymać, uwodzący swoim niskim brzmieniem. Również i ojciec Adriana, nie zdobył Viala legalnie, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro pozytywną postacią nie był. Mężczyzna porzucił sutannę dla kobiety, po czym uciekł, kiedy dowiedział się, że jest w ciąży. Następnie ułożył sobie życie na nowo, a obfitowało ono w wiele zbrodni, kradzieży a nawet zabójstw. Feliks Ardèvol to niespotykany miłośnik rękopisów, który zaraża tą miłością swojego syna. Pomimo swojego zimnego serca sprawia, że syn podąża jego śladem, poniekąd staje się dla niego autorytetem. Adrian Ardèvol nigdy do końca nie robi tego, czego sam by pragnął. Odrzuca ideę matki o światowej karierze skrzypka na rzecz najpiękniejszego instrumentu, czyli języka. Nauka jest dla niego przyjemnością, gdyż odziedziczył talent po ojcu. Łacina, greka, hebrajski, aramejski, włoski, francuski, niemiecki, ale nie tylko. Chłopiec w wieku zaledwie trzynastu lat potrafi płynnie mówić w wielu językach, a niektóre z nich opanował sam, bez niczyjej pomocy. Zaczyna od hiszpańskiego poprzez francuski i niemiecki, a każdy kolejny język opanowuje z coraz to większą łatwością. Czytając "Wyznaję", można sobie zadać pytanie o sens uczenia się języków dzisiaj już martwych. Główny bohater odpowiada nam na nie – dla niego łacina, greka czy aramejski łączą się z wielką ideą, bohater dorasta w świetle łaciny, aramejskiego uczy się, kiedy jest już dorosły. Jego fascynacja językami przeplata się z uwielbieniem manuskryptów, którą również zaczerpnął od ojca. W książce znajdziemy odważne stwierdzenie, że nauczyć się języka, to znaczy czytać w nim klasyczne teksty. 

Adrian wychowuje się w samotności pośród książek w gabinecie swojego ojca, gdzie podsłuchuje jego czy też swojej matki rozmowy. Właśnie tam pierwszy raz poznaje takie słowa jak "prostytuka". Wyimaginowani przyjaciele towarzyszą mu aż do ostatnich dni, bo poza nimi i Małą Lolą, czyli służką, Adrian jako dziecko, nie ma prawie nikogo. Już pierwsze zdanie powieści przedstawia nam ogromny smutek bohatera:
"Dopiero wczoraj wieczorem, idąc zmoczonymi deszczem ulicami Vallcarki, zrozumiałem, że przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem".


Jednak to nie jedyny fragment, gdzie chłopiec, chłopak, a w końcu mężczyzna podkreśla swoją tęsknotę za miłością, której nigdy nie doświadczył. Czytając zostawione dla niego po śmierci rodziców listy usilnie szuka czegoś, co jednak świadczyłoby o tym, że był kochany. Niestety nie znajduje tam nic, oprócz zwrotu "Kochany" czy "Drogi" w nagłówku.
"Tak, z wielu powodów przyjście na świat w tej rodzinie było błędem. Przykro mi, że ojcu wystarczała świadomość, iż jestem jego synem. Nie zauważył, że jestem dzieckiem."

"Modliłem się słowami litanii mamo, umarłaś i nie wyjaśniłaś mi, czemu ty i ojciec byliście dla mnie tacy nieczuli; umarłaś i nie powiedziałaś, czemu byliście dla siebie nawzajem tacy obcy; (…) umarłaś i nie wyznałaś, mamo, czemu nigdy mnie nie kochałaś. Wymyśliłem tę modlitwę, bo jeszcze nie przeczytałem jej testamentu."

"
Nie sądzę, żeby kiedykolwiek się kochali. W ich domu nigdy nie było miłości. Ja byłem tylko przypadkową konsekwencją zdarzeń."



Adrian porzuca więc Viala, na rzecz nauki języków. Trudno się dziwić, że w książce występuje wiele cytatów, skoro sam autor jest filologiem. Wiele fragmentów zostaje jednak nieprzetłumaczonych, co utrudnia czytelnikowi zrozumienie całego tekstu. Tytułowy poszczególnych części powieści napisane są po łacinie, ponadto sam bohater wielokrotnie wtrąca łacińskie słowa czy zwroty, ale nie tylko. Czytelnik ma do czynienia prawie z każdym językiem poznanym przez bohatera. Tłumaczka "Wyznaję", Anna Sawicka wyjaśnia, że był to celowy zabieg autora, który chciał zwolnić nieco tempo powieści, pokazać, na jak wiele spraw nie znamy odpowiedzi, jak wiele rzeczy nas omija. Cytaty są jednak piękne, nadają książce wyrazistości. "Ludzie nie mieszkają w kraju, mieszkają w języku"

Adrian powoli dorasta, poznaje miłość swojego życia, ale ich relacja nie jest do końca szczera. Przypomina mi ona nieco stosunki pomiędzy Kasią, a Michałem z "Tristana 1946" Marii Kuncewiczowej. Adrian i Sara (lub Saha, gdyż bohaterka jest Francuzką) okłamują się wzajemnie, żeby zaoszczędzić sobie bólu i rozczarowań. Niby znają się od lat, ale z drugiej strony nie wiedzą o sobie wszystkiego. 

"Ale są takie zakamarki duszy, które pozostają nieznane, bo nie da się poznać do końca drugiego człowieka, choćby nie wiem co."

Adrian, czyli główny narrator zwraca się przede wszystkim do Sary, o czym świadczą bezpośrednie zwroty do ukochanej. Można jednak pokusić się na teorię, że bohater nie mówi ani do kobiety, ani nie opowiada jej o sobie. W niektórych momentach książki można mieć wrażenie, że narrator mówi jakoby o cieniach – opowiada o sobie, ale z drugiej strony, o osobie niezwykle mu odległej – o czymś, co już przeminęło.


"
Goethe ostrzegał: jeżeli jakieś postaci próbują w wieku dojrzałym zrealizować marzenia młodości, szykują sobie zgubę. Dla kogoś, kto nie poznał czy nie rozpoznał szczęścia w stosownym czasie, później, żeby nie wiem jak się wysilał, nie ma już szans. Miłość odnaleziona w wieku dojrzałym to w najlepszym wypadku czuła powtórka dawnych szczęśliwych chwil."

Drugim narratorem, poza wątkami, wspominającymi przeszłość jest przyjaciel Adriana – Bernat Plensa. Relacja między nimi jest przede wszystkim szczera. W wywiadzie z Xiegarnią Jaume
Cabré odpowiedziawszy na pytanie, a właściwie stwierdzenie, że jest taki sam jak Adrian, odpowiedział:

"Kiedy piszę, czuję się jak kompozytor, a moje nuty to są słowa. Piszę, ponieważ jestem sfrustrowanym muzykiem. Chciałbym komponować, ale nie potrafię. (...) Wszystko co potrafię, to pisanie. A każdy powinien się skupić na tym, co umie."

To kolejna z głównych myśli "Wyznaję" – Bernat jest świetnym muzykiem, ale marzy o zostaniu pisarzem. Adrian jest wobec przyjaciela szczery – krytykuje jego twórczość literacką i ciągle radzi by skupił się na skrzypcach – czyli na czymś, w czymś jest perdekcyjny, nie dlatego że musi, ale dlatego że potrafi.
Ardèvol zazdrości przyjacielowi tego, że matka głaszcze go po głowie, kiedy wraca ze szkoły, że gra na skrzypcach jest dla niego przyjemnością, bo nikt go do niej nie zmusza i dlatego, że wolno mu było odpowiedzieć jeszcze nie wiem, kiedy zapytali go, kim chce zostać w przyszłości.
Głównym wątkiem powieści jest jednak zło – przewija się ono powoli przez wszystkie strony "Wyznaję". Zło to nie tylko osoby, ale i czyny. Jaume
Cabré w przerażający sposób opowiada o wojnie i ich następstwach. To chyba pierwsza książka, która tak dosadnie uświadomiła mi, że z końcem wojny nie zakończył się jej tragizm i katastrofizm. Że koniec wojny mógł być jeszcze gorszy, że mógł oznaczać życie na codzień z tym, co się widziało, co się przeżyło, że mógł prowadzić do wielu samobójstw. Czytając fragmenty o wujku Chaimie pomyślałam nawet, że ci ludzie mieli jak największe prawo, by odebrać sobie życie, by w ich myślach nie pojawiały się już obrazy, które zobaczyli, by skrócić męki i wyrzuty sumienia za to, że przetrwali. Za to, że żyją. Mamy tutaj zatem do czynienia z samobójstwem, jako aktem eskapizmu. Autor otwiera czytelnikowi oczy, bo przecież nie można być obojętnym względem kamieniowanej kobiety, względem dziewczynki, która umiera z bólu i z oczyma pełnymi łez pyta Dlaczego? czy ludzi, którzy mają zabawiać nazistów, biegając od ściany do ściany i potykając się o ciała tych, którzy z gry odpadli.

"
Jeżeli mogę czynić zło, bo taką mam ochotę, i nic się nie dzieje, to znaczy, że ludzkość nie ma przyszłości."

Ten, który spodziewa się łatwej lektury, jest w błędzie. Książka nie jest trudna w odbiorze, ale pobudza naszą wyobraźnie, daje do myślenia, każe się zatrzymać i pomyśleć nad niektórymi sprawami, otworzyć oczy. Oczywiście nie wszystko, o czym tam przeczytamy ma jakiś ukryty podtekst, gdzie będziemy musieli się doszukać wzniosłej ideii. Jaume
Cabré stworzył przedmiot, który podobnie jak skrzypce Lorenzo Storioniego żyje własnym życiem. Akcja książki nie zamyka się wraz z ostatnią przeczytaną stroną. To, co się zobaczyło i o czym się dowiedziało, kogo się poznało – wszystko to pozostaje w sercu, dojrzewa, przypomina o sobie, towarzyszy nam w życiu. Różne emocje towarzyszyły mi przy czytaniu – od śmiechu do rzewnego płaczu. Już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, że dzieło Cabré nie tylko było warte czytania, ale tysiąckrotnie spłaci mi się w przyszłości. Z każdą kolejną stroną błagałam, aby fabuła nagle nie zaczęła robić się nuda czy nadto skomplikowana – jednym słowem – by książka się nie zepsuła, bo z eksperymentami (a trzeba przyznać że autor tego właśnie dokonał) tak czasem bywa.

"Wyznaję" zdecydowanie zasługuje na miano arcydzieła. Wciąga, fascynuje, oplata czytelnika niczym bluszcz i zamyka go pomiędzy kartami swojej powieści, czyniąc go jednym ze spadkobierców świadectwa Adriana. 

Wiem, że nie jest to pierwszy i ostatni raz, kiedy przeczytałam tę książkę. Przy kolejnym czytaniu będę jednak słuchać muzyki skrzypiec, by lepiej wczuć się w nastrój i akcję powieści, ale również uczucia bohatera, jak i samego autora.


Co jeszcze mogę powiedzieć? Dzięki
Cabré in arcadia ego, confiteor.

[Kasia]


środa, 31 grudnia 2014

Rok 2014 - czytelnicze podsumowanie

Krótkie czytelnicze podsumowanie mijającego roku. Napiszcie proszę w komentarzach, jakie książki na Was zrobiły w tym roku największe wrażenie
(najlepsze przeczytane przeze mnie książki tylko wymieniam, bez układania w rankingi, do każdej jedno zdanie komentarza)
NOWOŚCI
-Jan Balabán "Zapytaj taty" Wydawnictwo Książkowe Klimaty - odchodzenie i radzenie sobie ze śmiercią w postkomunistycznych, mocno zlaicyzowanych Czechach, mistrzowska powieść!

-Gunnar Decker "Hermann Hesse. Wędrowiec i jego cień" Świat Książki - monumentalna biografia wielkiego noblisty, najlepsza jaka dotąd powstała, a powstało ich co najmniej kilkanaście.
-Magdalena Tulli,"Szum", Wydawnictwo Znak Najlepsza jak dotąd książka tej autorki!
-Lidia Ostałowska, Dariusz Kortko, "Pierony", Wydawnictwo Agora SA Górnośląskie odzyskiwanie pamięci, książka-żywa historia.
-Szczepan Twardoch, "Drach", Wydawnictwo Literackie Twardoch podtrzymuje formę i opowiada czytelnikom o Górnym Śląsku i przez to o całym wszechświecie!
-Mirosław Syniawa "Dante i inksi" Śląski Sklep Internetowy - SILESIA PROGRESS pionierskie dzieło - tłumaczenia klasyków literatury na język śląski, efekt piorunujący!
KLASYKA
-Joseph Roth, "Tarabas", Państwowy Instytut Wydawniczy Arcymądra przypowieść o tym, że należy zawsze pokładać w człowieku nadzieję!
-Nikos Kazantzakis, "Grek Zorba" i "Chrystus ukrzyżowany po raz wtóry" Moje największe tegoroczne odkrycie - Kazantzakis napisał książki, które poruszają mnie najgłębiej jak to możliwe!


poniedziałek, 1 grudnia 2014

ANDRZEJ STASIUK W SOSNOWCU


24 listopada na zaproszenie MBP do Sosnowca zawitał Andrzej Stasiuk. Spotkanie to miało związek z niedawną premierą "Wschodu", a poprowadził je Dariusz Nowacki, krytyk literacki i profesor Uniwersytetu Śląskiego.

Już na początku rozmowy Stasiuk poprosił o to, by tym razem (był juz wcześniej w Zagłebiu 3 razy) nie poruszać kwestii politycznych - był to bardzo dobry pomysł, bo dzięki temu mogliśmy usłyszeć więcej o samym autorze.

W powieści "Wschód" rodzina, przodkowie, sprawy prywatne to najważniejsza płaszczyzna. Stasiuk sam przyznaje, że zdradził swoich rodziców, zostając pisarzem. Następnie nakreślił poruszający portret swoich rodziców i zgodził się z tezą Andrzeja Ledera ("Prześniona rewolucja"), że całe rzesze Polaków mogło mieć w swoim udziale awans społeczny, bo Hitler wymordował Żydów, a Stalin inteligencję. Ojciec autora był robotnikiem w fabryce FSO na warszawskim Żeraniu. Stasiuk jest nadal pełen podziwu dla kolosalnego wysiłku, jaki ojciec musiał wkładać w swoją pracę. Nie czytał nigdy jego książek, w przeciwieństwie do matki, prostej kobiety, ta czytała każdą, w tym ostatnią. Matka pisarza zmarła 3 tygodnie temu, a już na łożu śmierci skomentowało swój wizerunek we "Wschodzie" tak: "Andrzej, jak ty mogłeś, w książce ja tylko szu-szu, a ja ks. Twardowskiego czytałam i Platona próbowałam czytać."

Stasiuk zastanawiał się, co włożyć swojej matce do trumny i wraz z siostrą postanowił, że będzie to "Wschód", wiersze ks. Twardowskiego i... radio, bo zmarła namiętnie słuchała Radia Maryja.

Wschód jest w nas i jest nieusuwalny, nie możemy się pozbyć homo sovieticusa. Stasiukowi to intuicja podpowiedziała, by wyruszyć właśnie na wschód, bo tam jeszcze "nie ma końca historii". Co ciekawe, dla Stasiuka wschodem jest wszystko to, co na wschód od Wisły, a więc paradoksalnie również warszawska Praga i Grochów, na którym się wychował. Prowadzący spotkanie prof. Nowacki słusznie zauważył,że jego opowieść o PRL-u jest kontrnarracją do tego, co dotychczas czytaliśmy (PRL jako horror)
Następnie Stasiuk opowiadał o swoim stosunku do Rosji, uważa on, że bez sensu jest mówienie, że ten kraj powinien się demokratyzować. Najlepiej Rosję zobrazował Płatonow w książce "Wykop",

Na pytanie, kim właściwie jest, pisarzem czy podróżnikiem, Stasiuk bez zawahania odpowiedział: "kierowcą" i dodał "możemy mówić o filozofii i komunizmie, a ja jestem samochodziarzem". Zdradził też, że jego następna książka pt. "Pamir" będzie w dużej części o samochodach, na co publiczność ochoczo zaproponowała, by koniecznie z podtytułem "Pan Samochodzik".

Następnie autor snuł swoje wspomnienia z ostatniego pobytu w Azji, opisywał swój pobyt na mongolskiej pustyni i niesamowite uczucie, gdy wiał na niego gorący wiatr, jak sam zauważył, uprawiał swego rodzaju "ocieractwo". 

Publiczność zadawała chętnie autorowi pytania, jedno z ostatnich było od starszego pana, który zapytał go, co sądzi o... Jarosławie Kaczyńskim. Stasiuk już wcześniej wypowiadał się na jego temat na łamach prasy, tym razem podkreślił, że to postać tragiczna i wskazywał na podobieństwo polityków do postaci literackich. 
 
Na sam koniec dyrektor MBP w Sosnowcu zapytała autora o nihilistyczny wydźwięk jego książek, na co on odparł żartobliwie "Nie jestem nihilistą, jestem z porządnej rodziny".

Podsumowując, spotkanie było bardzo udane, publiczność, która wypełniła salę (ponad 100 osób), mogła być zadowolona, nie tylko dlatego że miała sposobność spotkać się z jednym z czołowych współczesnych prozaików, ale też dlatego że Stasiuk pokazał się z dobrej strony, bezpretensjonalnie i szczerze odpowiadając na pytania.


środa, 19 listopada 2014

PIERONY

TYLKO BURAK NIE CZYTA NA FACEBOOK

Wczoraj miała miejsce premiera książki "PIERONY: Górny Śląsk po polsku i niemiecku" autorstwa uznanych reporterów Lidii Ostałowskiej i Dariusza Kortki. Jest to arcyciekawa antologia tekstów o Górnym Śląsku, swoim rozmachem porównywana może być tylko do wydawnictwa Mariusza Szczygła "XX". Polecam serdecznie wywiad autorów w Duży Format wyborcza.pl/duz…/1,141518,16953867,Dwa_pogrzeby_gornika.html Recenzja książki już wkrótce u mnie.